Czesław

Uczestnik
  • Zawartość

    19
  • Dołączył

  • Ostatnio

O Czesław

  • Ranga
    Debiutant
  • Urodziny 31.05.1982
  1. Może spóźnione, niemniej uczcijmy minutą ciszy i wspominajmy dobrze przy wigilijnym stole... Jazz Radio - R.I.P.
  2. Fajny temat. Czasem ktoś staje przed regałkiem z płytkami i przegląda a nam bywa wstyd, bo niektóre rzeczy tam stać nie powinny , gdyż burzą pracowicie budowany wizerunek człowieka światłego. A jak to u mnie wygląda? Pet Shop Boys'ów to niby bym zostawił w spokoju, bo to b. dobra rzecz w swojej kategorii, niemniej kiedyś popełnili coś takiego jak "Very" z najbardziej ekstrawagancką okładką (a właściwie całym pudełkiem), jaką chyba można sobie wyobrazić. Działa jak dobra przynęta, każdy to weźmie w łapki, czyta że PSB i odkłada z dezaprobatą. Dalej, jejku, mam w posiadaniu "Razorblade Romance" HIM'a i sam nie wiem, jak do tego doszło. Wszak nie miałem 13 lat... Dalej - marketingowcy orzekli swego czasu, że Offspring i ich "Smash" to punk'owe arcydzieło, na co dałem się nabrać razem z ponad 10 mln innych naiwniaków. Poza tym, to różne "Greatest Hits'y", chociaż w niektórych przypadkach są to i tak najlepsze rzeczy w całej dyskografii (Bon Jovi, Phil Collins itd.). Im dalej tym gorzej - "Gala Piosenki Biesiadnej", Modern Talking i "Back for Good", "Superhits of the 80's" (wyjątkowo kiczowaty wybór made by firma wysyłkowa). Na koniec rodzynek - importowana "narciarska" składanka hitów a.d. 2000 - "Apres Ski". Bawarskie disco i te sprawy z moim faworytem Mickie Krause i kawałkiem "Zehn Nackte Friseusen" oraz Anton'em i DJ Oetzi "Anton aus Tirol" (ta druga była do usłyszenia w Polsce ze trzy lata po premierze, co szczerze mnie zafrasowało). Płyta ta stała się na początku obiektem kultu wśród znajomych, jednak po kilku imprezach właściwie trafić miała na śmietnik historii. Zachowałem ją jednak dla potomności i straszyć będę potomnych. Na razie straszy dzielnie tych, którzy znajdują ją skrzętnie schowaną wśród naprawdębardzociężkometalowych pozycji.
  3. Odsłuch płyty? To proste... Najpierw kupuję płytę. Żeby wiedzieć czy jest dobra, jadę na Podhale, wracam z baranem i wróżę z jego wnętrzności. Jeśli kiszka ułoży sie prostopadle do wątroby, to dobry znak - muzyka została zesłana przez Światowida i z pewnością przypadnie nam do gustu. Po wyjściu ze sklepu muzycznego z rzeczową płytą można przejść do kolejnego etapu, już bardziej czasochłonnego. Czekam, aż Księżyc znajdzie się w pierwszej kwadrze. Wtedy wyłapuję okoliczne koty i zamykam je w łazience. Pewna niedogodność spowodowana brakiem możliwości korzystania z niej w pełni zostanie zrównoważona już wkrótce, gdy płyta otworzy się dla mych zmysłów w optymalnych warunkach całym swoim jestestwem. Gdy zgromadzę 3 tuziny dachowców - bo liczbą tą są 3 tuziny i liczbą tą pozostać mają - należy rozrzucić przegotowaną kaszę jaglaną na cztery strony świata w naszej prywatnej kapliczce z ołtarzem myszki miki. Gdy usłyszymy, że ziemia się rozstępuje a z nieba zaczną spadać winniczki*, można wreszcie wypić stojący już od tygodnia na kuchence garnek wywaru owocowo-warzywnego z żyta, chmielu i ziemniaków. Spożycie przekaźnika duchowego jest niezbędne!!! Czekamy pół godziny robiąc co 45 sekund obrót przez lewe ramię i łypiąc jednocześnie prawym okiem. Następnie idziemy do pomieszczenia, w którym mamy sprzęt grający i zapalamy 5 pochodni dookoła miejsca odsłuchu oraz (tak, oczywiście, że tak! Ktoś miał wątpliwości?) wielkie palenisko z przywiązaną kukłą wielkiego przedwiecznego kthulhu, które to każdy szanujący się audiofil w domu mieć powinien. Nic już nie stoi na przeszkodzie, by wpuścić nasze piekielne bulteriery do łazienki, zasiąść w fotelu, oprzeć dłonie na czaszkach i włączyć play w momencie, gdy umilkną wszelkie dźwięki z pomieszczenia służącego do ablucji... No i tyle... Jestem zdziwiony, że jak dotąd nikt nie opisał tej prostej, przyjemnej i niezawodnej metody... * - Jeśli w miejsce winniczków pojawią się fanty odpustowe, to wciąż jesteśmy na dobrym tropie. Jeśli jednak nic się nie dzieje - trudno, przerywamy rytuał. Płytę odsłuchamy później a natenczas rozkoszujemy się surową baraniną.
  4. Zapewne najlepsza płyta Collage <R.I.P.> , to fakt. Czy jednak najlepsza polska płyta art-rockowa? Tutaj mógłbym długo nawijać ale do rzeczy. Spragnionych "Moonshine" bis odsyłam do Satellite "A Street Between Sunrise and Sunset", płyty zespołu założonego przez Wojtka Szadkowskiego (chyba wiemy, kto to?), wydanej w 2003 r. Amiriam znowu śpiewa (choć go nie lubię jakoś), Gil pięknie popyla na gitarze a nad całością unosi się dawny, moonshine'owy klimat. Naprawdę świetna płyta! Aha, kolejne wydawnictwa Satellite, "Evening Games" z 2005 i "Into the Night" z 2007 są jeszcze lepsze. Ten ostatni to w ogóle aaabsolutnie fan-tas-tycz-ny album! No ale co ja będę pisał; art-rocka już i tak nikt nie słucha
  5. A ja sobie siedzę przed monitorkiem, sączę kawkę (o jakże nieprzyzwoitej godzinie). Dobiega mnie niewyraźny szum spikera w tv, samochodów za oknem oraz rozrabiająca pralka. Szczerze powiedziawszy, to nie mam w ogóle ochoty na słuchanie czegokolwiek w tej chwili. Nie czuję też potrzeby tego, jak to określił mejson, "sączenia" się muzyki. No bo po co? Jak ma lecieć byle co, to znaczy, że mam do zrobienia coś ważnego. Jak mam więc do zrobienia coś ważnego to wolę, by mnie jakieś pitu-pitu nie próbowało nawet rozpraszać, bo tego pożałuje Zgadzam się jednak, że na łonie natury to już zabieranie ze sobą jakiegoś "grajła" jest nieetyczne. Ktoś wie może, jak głębokie jest stąpanie łosia? Żaden wzmacniacz tego nie zapewni. Tak piszę sobie no i pewnie coś zaraz i tak zarzucę, bo zacznę mieć wyrzuty sumienia... Co do nałogów, to bez nich jest się totalnie nudnym człowiekiem. Jak jest to coś tak niewinnego jak muzyczka, to chyba życie nas za bardzo nie pokarało. Rzekłem.
  6. Fantastyczne! O to chodzi! Wszyscy wiemy, że fajne są różne Davis'y, Getz'e, Pink Floyd'y czy inne Cure'y itd. itp. Ich jest jednak łatwo polecać, dlatego gratuluję wynalezienia takiej perełki!
  7. Co nas przekonuje do nabycia danej płyty? Mój kolega kasety magnetofonowe (co za czasy...) kupował metodą "na okładkę"; kto inny kieruje się reklamą, opinią, radiem, recenzją itd. itp. Wszystko dobrze, tylko dlaczego nasze półki zapełniają później płyty, których zawartość powoduje skręt kiszek? Często są to rzeczy firmowane b. dobrą marką (muzycy, producent), za którymi snuje się powtarzana zewsząd opinia o genialności owego dzieła. W wielu tematach polecamy sobie, bo od tego jest forum no i fajnie, dobrą (zwykle:) muzykę. Proponuję coś w drugą mańkę - odwiedźmy straceńców przed nabyciem czegoś, co po przesłuchaniu zgasi wszelką nadzieję w ich sercach i przepełni dusze niezmierzonym cierpieniem... Oto moje płytki, których równie dobrze mógłbym nie mieć: / kolejność przypadkowa: 1. Dream Theater "When Dream and Day Unite". Nie spodziewałem się, że umieszczę tutaj płytkę swojego ulubionego zespołu. Trzeba sobie jednak jasno powiedzieć - nie dajmy się nabrać na zapewnienia, że ta płyta jest boska, bo brzmi w sposób niezależny, że muzycy byli jeszcze nieznani i muzyka nie jest komercyjna itd. itp. Dream Theater brzmi tu jak inne "włochate kapele" lat 80./90. jak Winger, Cinderella i in., tyle tylko, że słucha się tego z mniejszą przyjemnością (SIC!). Głos ówczesnego wokalisty grupy, Ch. Dominici, to już po dwakroć rozpacz. Zaczynasz z DT? Kupuj i pokochaj wszystko, byle nie ten krążek! 2. Unexpect "In a Flesh Aquarium". Naczytałem się tyle megasuperabsolutniehiper-pozytywnych recenzji tej płytki, że po prostu nie mogłem jej przeoczyć. Zachwalano ją jako bardziej postrzelone System of a Down, unikające komponowania wg reguły zwrotka-refren-zwrotka. W to mi graj! No i doigrałem się. "Postrzelenie" i chaos jest... ale bez sensu. To, że śpiewają na parę głosów, nisko i wysoko, używają czasem bardziej egzotycznego instrumentarium (chyba, nawet do książeczki nie chce mi się zerkać...), łomot mieszają ze zwolnieniami, to zasłona dymna dla braku pomysłu. Na dodatek płyta brzmi płasko - albo producent przysnął albo zespół nie wie ile może dać przy mocnej gitarowej muzie granie na b-molach. Porównania do SOAD? SOAD nagrał kilkanaście numerów, które w latach 70. miały by szansę osiągnąć status klasyków i to tyle w tym temacie. Reasumując: bez sensu, bez sensu, bez sensu... 3. Oasis "Stop the Clock". Czyli greatest hits... Zły wybór piosenek, ot co! Kto ich lubi, to kupi całą dyskografię. Kto chce po prostu posłuchać garści dobrych piosenek, niech wybierze pierwszy lub drugi album - średni poziom muzyczny będzie wyższy... 4. Metallica "S&M". Wiem, kij w mrowisko... Nie wiem, po co to komu było... Wszystkie kawałki są lepsze w oryginalnych wykonaniach, wszystkie! Te są oczywiście świetnie zaaranżowane, jednak przepych nie przekłada się na jakość nowych wersji piosenek. Nie będę sie też znęcał nad doborem repertuaru, bo szkoda gadać... Płyta broni się jednak potężną produkcją ze wszystkimi jej konsekwencjami, nawet takiemu sceptykowi jak ja muszą się podobać niektóre jej fragmenty. Nie jest to jednak wystarczający powód, by lecieć od razu do sklepu. Przereklamowane! Proszę o Wasze typy. Trochę jazzu poproszę, bo akurat u siebie nie stwierdziłem jakichś ewidentnych wpadek, które chciałbym umieścić. C.D.N.
  8. No dobra, odgrzewamy temat... Jak zauważył Bert, luki nie sprecyzował swoich preferencji muzycznych, toteż pojedziemy z czymś uniwersalnym: Ian Anderson - "Secret Language of Birds", jeśli nie denerwują kogoś flety (bo to Jethro Tull bis) i odgłosy ptaszyn wydawane paszczą. Bardzo ładna, kojąca płyta ale ze względu na powyższe jej cechy kilka znanych mi osób reaguje na nią alergicznie. Mick Jagger - "Wandering Spirit". To już bardziej popularny wykonawca i świetna, bardzo urozmaicona muzyka. Tak to generalnie bywa, gdy solista ma nazwisko i pieniądze na produkcję. Płyta rozrywkowa, bez większych ambicji... Ale jak się tego słucha!!! Uważam to wydawnictwo za znacznie bardziej interesujące od wytworów tego niszowego zespołu, w którym solista wyje i łajdaczy się na co dzień. Po-le-cam! Prodigy - "the Dirtchamber Sessions Volume One". Popularna kapela weselna, płyta trochę mniej. To trochę inne Prodigy, niż przywykliśmy chyba wszyscy - bez agresji i niezbyt szybko. Nie wiem jak nazwać ten rodzaj muzy - płyta to generalnie jeden wielki mix. Wcześniej podobny projekt zrealizował Fatboy Slim i ten jego bardziej się do remizy nadawał. Płytka Prodigy zawrotnej kariery nie zrobiła. Mało przebojowa i tyle! Pomysły jednak są wirtuozerskie jak dla mnie. Jak zagrana? Nie słuchałem na high-endowym sprzęcie, jednak na takim tyci-tyci gorszym i zdecydowanie jest czego posłuchać. Basik fajny ale nie taki buraczany, coby od razu doniczki pospadały z parapetu, w tle z kolei co chwila jakieś przeszkadzajki, wszystko podlane fajnym retro-sosem. Jak ktoś gustuje w ambitniejszej ździebko elektronice, mixach i rytmach prawie imprezowych, to może warto dać szansę? Laurie Anderson - "Life on a String" (zgodnie z tytułem - dużo smyczków tu mamy), czyli awangarda dla ubogich Cuuudowna, głęboka, pięknie nagrana płyta. Cały klimat (bo to jedna z tych klimatycznych:) psuje tylko środkowy utworek - akurat kiedy już się odpływa... Polecam, bo można się przekonać, co porabia sympatia Lou Reed'a a jak się muzyczka nie spodoba (w co akurat trochę powątpiewam) to na prezent jak znalazł - mój faworyt w kategorii najpiękniej wydana płyta. Mamy tu więc do czynienia z technicznym majstersztykiem i jedną plewą o indeksie 6. George Michael - "Older", bo to najlepsza płyta popowa w historii, ot co. Mam moralny obowiązek polecać ją przykażdej okazji. Chyba już to zrobiłem kiedyś na forum ale może mnie za to nikt nie zbannuje...
  9. Uwielbiam znajdować muzyczne perełki, także upodobałem sobie wszelkiego rodzaju targi staroci - mydło, powidło ale również WINYLE. Naprawdę niesamowite, jakie skarby ludzie trzymają w domach i, całe szczęście (tak, wiem - jestem złym człowiekiem...), nie znają wartości tej muzyki. Ostatnie zdobycze: RSC (x2), Krzak, Dire Straits, King Crimson (RED !!!!!!!) i Skaldowie (nie śmiać się, zna ktoś "Krywań, Krywań"?). Cóż, nie są to nowe rzeczy ale za tych 6 płytek w sumie zapłaciłem 45 pln RSC, Krzak, Skaldowie i KC (ponownie !!!!!!) było po 5pln. Sprzedawca przerobił mnie na DS, ale jakoś to przeboleję... Zachęcam więc do "szabrowania". Przekopać się przez tony pieśni patriotycznych, bajki dla dzieci, Bułata Okudżawę i znaleźć "Murmur" - bezcenne:) Taka muzyka nie każdemu musi odpowiadać, toteż spieszę z informacją, iż można wyszukać jeszcze sporo wartościowego soulu i zwłaszcza bluesa, przynajmniej według moich doświadczeń. Wielbicielom innych brzmień raczej nie polecam tej metody zapełniania półek z muzyką. Wbrew pozorom, porządnego jazzu jak na lekarstwo... Powyższe pozycje zdobyłem we Wrocławiu. Mieszkam jednak w Wawie i jakby co, to informuję tylko, że bazar "na Kole" jest spalony - ciężko coś ustrzelić, zaczęli się cenić. Polecam też sklep/antykwariat w podwórku przy skrzyżowaniu Świętokrzyskiej z Nowym Światem - dużo winyli i używanych płyt w b. dobrym stanie. To tyle. Winyle to jednak traktuję hobbystycznie. Ceny nowych wydawnictw są po prostu niezbyt przyzwoite:sad: P.S. "Murmur" to debiut R.E.M.
  10. A teraz coś z zupełnie innej beczki Mam nadzieję, że poniższe propozycje nie znajdują sie w posiadaniu każdego czytającego a to, co napiszę, zmieni w pewnym stopniu ten stan rzeczy. Aha, bywają mocne gitary, więc jak Cię to kompletnie nie interesuje, to szkoda czasu (chyba...). Zaczniemy od czegoś najbardziej przystępnego (i dostępnego): 1. Wszyscy znają wypaśne koncerty G3 i w związku z tym mogli się w zeszłym roku zetknąć z osobą Paula Gilberta, który ostatnio towarzyszył Satrianiemu i diabli wiedzą komu jeszcze w trakcie ostatniej trasy. Mało kto już kojarzy występ tego świetnego, mało jednak znanego muzyka, na koncertach "Guitar Wars" w Osace i Tokio w 2003 r. Okropna nazwa... Reszta powalająca! Gilbertowi towarzyszyli: Steve Hackett, Nuno Bettencourt i - UWAGA! - John Paul Jones! Tyle, jeśli chodzi o gitary. Gary - Pat Mastoletto, bas - Mike Szuter, klawisze - Roger King. Jak nazwiska nie mówią za wiele, no to zobaczmy, gdzie się udzielali: Extreme, Genesis, Racer X, Led Zeppelin, King Crimson, Gary Moore, David Sylvian, Mr. Big itd. itp. No i grają, i to jak - "To Be With You", "More Than Words", "Green Tinted Sixties Mind", "When the Levee Breaks", "Going To California", "Los Endos", "Red Rooster" i in. Trochę szlagierów, trochę mniejszych szlagierów, trochę rzeczy zapomnianych tudzież niespodzianek. Niektóre wersje PO-WA-LA-JĄ! Tyle do słuchania. Jeśli chodzi o wizję, to każdy gitarzysta będzie cieszył gębę patrząc na to, co ci goście wyprawiają. Jest to kawał fantastycznej, bardzo profesjonalnej muzyki - bez pozerstwa, wodotrysków, każdy wie, o co chodzi. Moje ulubione "gitarowe DVD" (zarazem jedyne, które posiadam ) Nagrania wyszły w kilku wersjach (jak to w Japonii) - wszystkie diablo drogie, niestety. 2. the Stranglers & Friends - "Live in Concert". Powiem szczerze - do tego albumu kojarzyłem ich tylko z radiowca "Golden Brown" a posiadaczem płytki stałem się w sposób dość zaskakujący. Wcześniej bym ich nie podejrzewał o punkowstwo (jest takie słowo?). Ale do rzeczy. Zarejestrowano w kwietniu 1980 r. w Londynie. Supportowało m.in. Joy Division, jeden z muzyków zaliczał akurat pobyt w pudle i, jak na poprzednim albumie, była chmara gości - przedstawicieli brytyjskiej nowej fali (ja znam tylko Frippa, Hammilla i tak wielbionego na forum Smitha z the Cure, reszta to dla mnie anonimy). Koncert absolutnie za... jefajny Właściwie to nie grają ani zbyt szybko ani głośno, jednak energetyka taka, że hej! W podstawówce, jak każdy chyba, trochę słuchałem punkowych kapel ale dziś mam wyrzuty sumienia, że nie znałem stranglersów. Świetna muzyka, poczucie humoru (sic!) i atmosfera. W 2002 r. była reedycja, jednak mimo to trudno tę płytkę dostać. Absolutnie polecam nie tylko tym, co jeszcze niedawno nosili irokeza. Na pewnym angielskim forum trafiłem na informację o tejże płytce uszczuplonej o 4 numery. Może to dotyczyło tylko tamtego rynku ale jakby co, to ma być 17 piosenek i ani jednej mniej! i na koniec moja ulubiona... 3. in the woods... - "Live at Caledonien Hall" Dwupłytowy album kończący działalność tej norweskiej kapeli to typ wynikający absolutnie z sentymentu oraz nieodgadnionego i niereformowalnego uwielbienia dla muzyki tego zespołu. Jaka to muzyka? Norwegia - czyli musi być metal. Co dalej? Od 1997 r. (album "Omnio" - opus magnum i muzyka absolutna btw) to już czysta awangarda/muzyka eksperymentalna/post-metal (?) - granie absolutnie dla siebie, melancholijne, niepokojące, agresywne, okrutnie jednak dobrze skomponowane. Naprawdę trudno opisać - kto polubi, ten stracony... Dla tych właśnie straceńców jest ten koncert - świetnie brzmi, bardzo dobra selekcja utworów, no i znowu ta atmosfera... Aha, nawet jak ktoś nie lubi, to koniecznie radzę posłuchać "Epitaph" Krimsonów w wykonaniu in the woods... Są też inne covery, mniej imponujące, bo najlepiej broni się muzyka samej kapeli. Jakieś PF nie podskoczy Na szczęście dotychczas płyta była ekstremalnie trudna do nabycia, także prawdopodobieństwo, że ktoś kupi i będzie mi chciał coś za karę zrobić , jest niewielkie. Tytułem uzupełnienia - nagrano w 2000 r. w rodzimej miejscowości grupy w Norwegii, wydano w 2003 r. Dobra, nie będę okrutny, kolejnych pozycji nie będzie... Swoją drogą, kto dał radę doczytać do końca? Stawiam piwo.
  11. Jejku, boję sie pisać, bo kompletnie nie znam się na folku (i nie lubię...), ale parę dni temu w Jazz Radiu (no a gdzież by indziej...) utrafiłem coś takiego: Transkapela - pozwoliłem sobie umieścić link do ich strony... no i wpadłem. Nie umiem niestety ocenić, jak dobre to jest w swojej kategorii. Polecam więc subiektywnie
  12. Haha, nie mógłbym tego nie skomentować. Rzeczową płytę trafiłem w sobotę na warszawskim Kole za 1 (!!!) złotówkę. Bardzo porządna muzyka. Nie było to szukanie na ślepaka, bo od lat leżała w domu ich studyjna "Blue Breeze" - również zacna, nie powiem. Jedna z wielu kapel, która nie zdobyła należnej jej popularności - szkoda...
  13. Jeśli chodzi o ceny płyt to: tu jest odpowiedni temat A wracając do tematu, to z tego co mi wiadomo, to po "Mythodei" była już tylko muzyczka do "Alexandra" i jakaś (nie wiedzieć która to już) kompilacja. Może znowu zacznie grać z Roussosem? Skoro nie ma nic nowego (albo jestem czegoś nieświadomy), to może ktoś pamięta trochę już zapomniany a jednak kapitalny album "China". Dosyć specyficzny, ale polecam, jeśli ktoś nie zna.
  14. Dodam coś od siebie: - Radiohead - "Street Spirit" oraz "Just" / zupełnie inne, pierwsze za wizję, drugie za to, że z fabułą i kapitalną pointą - Zdecydowana większość klipów TOOL'a / za depresyjny nastrój i brawurowe wykonanie np. "Sober", "Prison Sex" - Bjork - "All Is Full Of Love" / po prostu arcydzieło! - Aphex Twin - "Windowlicker" / tylko raz, parę lat temu, widziałem pełną wersję 10-min. i jeszcze nie mogę się otrząsnąć - the White Stripes - "Fell In Love With A Girl" / po to zostały wynalezione klocki lego - Fatboy Slim - "Weapon Of Choice" / za tańczącego Christophera Walkena - Foo Fighters - "Everlong" / po prostu czadowy, dowcipny klip ze współgrającą porządną muzyką rockową Taaa... Ciekawe o czym jeszcze zapomniałem... Poszperam w zakamarkach mojej łepetyny i jak coś sobie przypomnę to kiedyś może dopiszę. W każdym bądź razie przy odrobinie wolnego czasu polecam powyższe pozycje. Pewnie są porozrzucane po różnych youtube'ach i innych. "Smack My Bitch Up" --->
  15. Również Vangelisa?