Skocz do zawartości

Perły melomana: czyli trudno dostępne i wartościowe płyty CD/LP, które mamy w swojej kolekcji.


Recommended Posts

  • 2 weeks later...

Vangelis spotkał się w studio z Irene Papas dwukrotnie (nie licząc jej gościnnego udziału w projekcie 666 zespołu Aphrodite’s Child jeszcze zanim słynny Grek rozpoczął karierę solową).

Powstały z tej kolaboracji dwie udane płyty: Odes (1979) oraz Rapsodies (1986). Obie nagrane w owianym legendą i należącym do Vangelisa Nemo Studios w Londynie. Wielu uważa, w tym i ja, że znajomość twórczości artysty, z dosłownie kilkoma wyjątkami, można ograniczyć do okresu, w którym działało owe studio, czyli do lat 1975-1987. Potem Grek przeniósł się do Paryża (następnie do Aten), zmienił instrumentarium porzucając Yamahę CS-80 na rzecz nowszych konstrukcji - głównie ze stajni marki Korg - co w połączeniu z banalnością kompozycji (Voices, Conquest of Paradise, Oceanic) spowodowało tęsknotę za „starym” Vangelisem.

Pierwsze wydania Odes i Rapsodies nie są (jeszcze) „białymi krukami” ale już dzisiaj są dość rzadkie - a co za tym idzie - drogie.

15FA1C9F-9538-487E-8D38-C89210B4EA20.jpeg.fb8d0ec27009693e5a9ec42c91818b8d.jpeg

Edytowano przez sonique
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

6 godzin temu, sonique napisał:

Vangelis spotkał się w studio z Irene Papas dwukrotnie (nie licząc jej gościnnego udziału w projekcie 666 zespołu Aphrodite’s Child jeszcze zanim słynny Grek rozpoczął karierę solową).

Powstały z tej kolaboracji dwie udane płyty: Odes (1979) oraz Rapsodies (1986). Obie nagrane w owianym legendą i należącym do Vangelisa Nemo Studios w Londynie. Wielu uważa, w tym i ja, że znajomość twórczości artysty, z dosłownie kilkoma wyjątkami, można ograniczyć do okresu, w którym działało owe studio, czyli do lat 1975-1987. Potem Grek przeniósł się do Paryża (następnie do Aten), zmienił instrumentarium porzucając Yamahę CS-80 na rzecz nowszych konstrukcji - głównie ze stajni marki Korg - co w połączeniu z banalnością kompozycji (Voices, Conquest of Paradise, Oceanic) spowodowało tęsknotę za „starym” Vangelisem.

Pierwsze wydania Odes i Rapsodies nie są (jeszcze) „białymi krukami” ale już dzisiaj są dość rzadkie - a co za tym idzie - drogie.

15FA1C9F-9538-487E-8D38-C89210B4EA20.jpeg.fb8d0ec27009693e5a9ec42c91818b8d.jpeg

Vangelis to moje "kółko zainteresowań", jest bardzo rozpoznawalny, jak Mozart czy Bach. Bardzo jestem ciekaw repertuaru i zawartych tam brzmień. Bardzo ciekaw, muszę poszukać.

Sam zdobyłem coś co zawsze chciałem mieć, od dziesiątków lat. Japońskie wydanie super-zespołu lat 70-80 ABBA. Płyta jest po przejściach, widać działanie wilgoci na okładce (obowiązkowa w japońskich wydaniach składanka z dołączoną książeczką ze słowami w językach angielskim i japońskim). Same płyty w stanie jak byśmy mieli 25.10.1977 r. to "wychodzi" jakość japońskich wydań. Płyty idealnie płaskie bez słyszalnych śladów zużycia, świadczy o jakości użytego do produkcji winylu.

Dla mnie duża wartość sentymentalna do zawartych nagrań towarzyszących młodości.

 

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

4 godziny temu, Highlander_now napisał:

Płyta jest po przejściach, widać działanie wilgoci na okładce […] Dla mnie duża wartość sentymentalna do zawartych nagrań towarzyszących młodości.

Niektóre używane płyty przynoszą ze sobą jakąś historię. Najczęściej jedyne zgadujemy jaką. Kto je posiadał. W ilu i jakich były rękach. Ja tę tajemnicę bardzo lubię.

Jedna z moich płyt jest podpisana „maczkiem” na obwolucie imieniem i nazwiskiem. Jest ono na tyle oryginalne i niepowtarzalne, że pokusiłem się ów subiekta poszukać w Internecie. Okazało się, że płyta należała do nieżyjącego już audiofila z USA, który był dość aktywny w przestrzeni wirtualnej. Wiem jak wyglądał. Gdzie mieszkał. A teraz słucham „jego” płyty. Dziwny jest ten świat...

Co do wartości sentymentalnej, to Cię rozumiem. Sam od czasu do czasu wpadam w jej sidła. Akurat ABBA też się w mojej historii bycia melomanem pojawia bo jako kilkuletnie raptem dziecko dostałem gramofon marki Telefunken z głośnikiem w klapie (nie w prezencie lecz spontanicznie na zasadzie przesunięcia starego sprzętu do innego pokoju aby zrobił miejsce nowemu w salonie). Dostałem też garść płyt, głównie singlowych nowości tamtego okresu. ABBA spodobała mi się najbardziej więc „piłowałem” tego singla do upadłego. Może sobie go kiedyś kupię…;)

Edytowano przez sonique
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

16 godzin temu, Rega napisał:

Odnośnie ABBY - też mi ,,trochę,, życia zajęło słuchanie. Szczególnie, ze to była ulubiona grupa mojej pierwszej dziewczyny😃. Tyle obecnie mam w kolekcji. 

 

IMG_20221103_153429.jpg

Widzę, że się uzupełniamy w zasobach. Ja nie mam tego co Ty masz i nawzajem. Nie liczę nagrań cyfrowych z mej strony, bo tych jest setka.

8 godzin temu, Rafał S napisał:

Mamma mia, to się musiałeś nacierpieć, ale czego się nie robi dla kobiet... :) 

ABBA to jest fenomen jak The Beatles. Można lubić lub nie, ale zjawiska nie można skwitować jednozdaniowo. Zresztą na płycie ABBY, tej o której tu wspominam, są opisani członkowie zespołu. Zdjęcie, data urodzenia, wzrost, kolor włosów i oczu, itp. Jest też inspiracja. Dwoje z nich wymienia The Beatles.

Osobiście nie cenię specjalnie The Beatles, a ABBA zawsze była znakomitym materiałem przy zabawie. Wspominam i czasem włączam i dziś. Nie kaleczy ucha, jest melodyjne, czasem bardziej zawiłe melodycznie i przede wszystkim jest tego oszałamiająco dużo. Nie wiem czy któryś zespół, poza The Beatles może się mierzyć z ABBA pod względem wielkości repertuaru?

W czasach ABBA byłem nastolatkiem, a czasem rudawa brunetka z zielonymi oczami, Frida, była zjawiskowa. 😉

Znalazłem w bardzo dobrym stanie "pierwszego Jarre" (jak to określa pan Piotr Metz, obowiązkowa pozycja każdego audiofila, czyli człowieka słuchającego sprzętu, nie muzyki). Płyta gra na moim gramofonie na poziomie NM.

Mam też wydanie cyfrowe, miks z 2007 roku. dynamika tego nagrania to trochę ponad 20 dB. Winyl gra prawie na 40 dB. To główna przyczyna, dlaczego winyli przyjemniej się słucha. Jest to bardziej naturalne brzmienie, gdzie są partie wyraźnie cichsze i te wyraźniej głośniejsze. Jak w naturze.

Ponadto przy winylu trzeba po ok. 20 minutach wstać i zmienić stronę. 😉 Co też ma ponoć związek z ludzką psyche, nie wiedziałem badań, ale niektórzy wspominają o nich.

Edytowano przez Highlander_now
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

1 godzinę temu, Highlander_now napisał:

Osobiście nie cenię specjalnie The Beatles

Zdecydowaną większość dyskografii the Beatles również odrzucam w przedbiegach. Można potupać nogą przy kilku wczesnych kawałkach - niektóre z nich są niezłe, ale generalnie boysbandom mówię stop;)

Ale… taka Abbey Road… Revolver… White Album…

Posiadam stare (i ciężkie) wydanie Abbey Road na analogu w stanie bardzo dobrym (poza okładką), należące wcześniej do znanego szczecińskiego dziennikarza muzycznego Bogdana Bogiela (o czym świadczy podpis na obwolucie). Płyta od dawna u mojego Teścia wraz z moim gramofonem więc już jakiś czas jej nie słuchałem ale tę pozycję szczególnie sobie upatrzyłem. Zarówno brzmieniowo (plastyczność i klimat) jak i repertuarowo: to są po prostu świetne songi. Oczywiście głównie te, które wyszły spod palców Johna - bo jego wkład w muzykę zespołu odpowiadał mi najbardziej.

Edytowano przez sonique
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

41 minut temu, Highlander_now napisał:

ABBA to jest fenomen jak The Beatles. Można lubić lub nie, ale zjawiska nie można skwitować jednozdaniowo. Zresztą na płycie ABBY, tej o której tu wspominam, są opisani członkowie zespołu. Zdjęcie, data urodzenia, wzrost, kolor włosów i oczu, itp. Jest też inspiracja. Dwoje z nich wymienia The Beatles.

Osobiście nie cenię specjalnie The Beatles, a ABBA zawsze była znakomitym materiałem przy zabawie. Wspominam i czasem włączam i dziś. Nie kaleczy ucha, jest melodyjne, czasem bardziej zawiłe melodycznie i przede wszystkim jest tego oszałamiająco dużo. Nie wiem czy któryś zespół, poza The Beatles może się mierzyć z ABBA pod względem wielkości repertuaru?

W czasach ABBA byłem nastolatkiem, a czasem rudawa brunetka z zielonymi oczami, Frida, była zjawiskowa. 😉

 

Opowiem tak: sam mam na półkach sporo muzyki, którą klasyfikuję jako "guilty pleasure", więc jestem ostatnią osobą uprawnioną do oceny gustu bliźnich, a już szczególnie sympatycznych forumowiczów. :) Natomiast, proszę, nie mylmy popularności z wielkością. Beatlesi mają swoje miejsce w historii nie tylko jako pionierzy rocka, ale i giganci muzyki popularnej w ogóle. Miarą ich wartości jest choćby mnogość i różnorodność późniejszych inspiracji (nie przypadkiem jazzmani tak lubią sięgać po tematy w rodzaju "Eleanor Rigby"). Zgoda, ABBA miała bardzo dużo melodyjnych, przebojowych piosenek, ale to w zasadzie tyle od strony czysto muzycznej. W tamtych czasach (lata 70-te i początek 80-tych)  było przynajmniej kilku wykonawców, którzy dorównują szwedzkiemu zespołowi pod względem przebojowości melodii (choć niekoniecznie ich liczby), jednocześnie miażdżąc go w innych kategoriach (aranżacje, wykonawstwo i czasem też większe wyrafinowanie samych kompozycji). Pierwsi, którzy przychodzą mi do głowy od strony białego popu i pop-rocka to: Fleetwood Mac, ELO, Elton John, Billy Joel, Supertramp i - jeśli skręcimy w stronę jazzu - Steely Dan. Ktoś inny mógłby dopisać Davida Bowie czy T-Rex. (Celowo unikam tu gwiazd rocka, jak Queen, bo tu już wypływamy na inne wody).

7 minut temu, sonique napisał:

Zdecydowaną większość dyskografii the Beatles również odrzucam w przedbiegach. Można potupać nogą przy kilku wczesnych kawałkach - niektóre z nich są niezłe, ale generalnie boysbandom mówię stop;)

Marcin, spójrzmy, jakie to były czasy. :) Beatlesi startowali od zera (bo wcześniej tej muzyki praktycznie nie było) i zrobili bardzo szybko ogromne postępy. Każdy od czegoś zaczyna. :)

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

8 minut temu, Rafał S napisał:

Marcin, spójrzmy, jakie to były czasy. :) Beatlesi startowali od zera (bo wcześniej tej muzyki praktycznie nie było) i zrobili bardzo szybko ogromne postępy. Każdy od czegoś zaczyna. :)

Tu się muszę z Tobą zgodzić, Rafale. Dla mnie najważniejsze u The Beatles jest nie jak zaczęli, ale jak się rozwinęli i dokąd zdążyli dojść (zanim sprawy osobiste między nimi nie pogrzebały ich wysiłku zatapiając „Żółtą Łódź Podwodną” bezpowrotnie).

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

No, tak - widzę, że zamieszczając zdjęcie płyt ABBY, przypadkowo spowodowałem dyskusje dotyczącą gatunku. Proszę nie mysleć, że taki gatunek jest u mnie dominującym. Jednakże gwoli wyjaśnień - ten mój stan posiadania płyt ABBY wiąze się poniekąd z moimi innymi zakupami płytowymi. Otóż kupujac jakies wydanie innego gatunku, bardzo często aby nie narazić się na zbytnie utyskiwania mojej zony, kupowałem dla Niej też płytę ABBY. A, ze oboje byliśmy nastolatkami w czasach tryumfów tego zespołu i większość dziewcząt była fankami tej grupy to i moja żona też bardzo lubi słuchać. Kupując dla siebie płytę np Judas Priest, Jethro Tull lub MO i przy okazji coś ABBY miałem raczej pewność , że nie będzie narzekań na moje płytowe wydatki😉

PS Moją pierwszą płytą JMJ był Equinoxe. Oxygene słuchałem z radia z audycji Jerzego Kordowicza. 

PS2 Jutro planuję przypomnieć sobie  to

 

IMG_20220407_185824 (2).jpg

Edytowano przez Rega
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

7 godzin temu, Rafał S napisał:

Opowiem tak: sam mam na półkach sporo muzyki, którą klasyfikuję jako "guilty pleasure", więc jestem ostatnią osobą uprawnioną do oceny gustu bliźnich, a już szczególnie sympatycznych forumowiczów. :) Natomiast, proszę, nie mylmy popularności z wielkością. Beatlesi mają swoje miejsce w historii nie tylko jako pionierzy rocka, ale i giganci muzyki popularnej w ogóle. Miarą ich wartości jest choćby mnogość i różnorodność późniejszych inspiracji (nie przypadkiem jazzmani tak lubią sięgać po tematy w rodzaju "Eleanor Rigby"). Zgoda, ABBA miała bardzo dużo melodyjnych, przebojowych piosenek, ale to w zasadzie tyle od strony czysto muzycznej. W tamtych czasach (lata 70-te i początek 80-tych)  było przynajmniej kilku wykonawców, którzy dorównują szwedzkiemu zespołowi pod względem przebojowości melodii (choć niekoniecznie ich liczby), jednocześnie miażdżąc go w innych kategoriach (aranżacje, wykonawstwo i czasem też większe wyrafinowanie samych kompozycji). Pierwsi, którzy przychodzą mi do głowy od strony białego popu i pop-rocka to: Fleetwood Mac, ELO, Elton John, Billy Joel, Supertramp i - jeśli skręcimy w stronę jazzu - Steely Dan. Ktoś inny mógłby dopisać Davida Bowie czy T-Rex. (Celowo unikam tu gwiazd rocka, jak Queen, bo tu już wypływamy na inne wody).

Marcin, spójrzmy, jakie to były czasy. :) Beatlesi startowali od zera (bo wcześniej tej muzyki praktycznie nie było) i zrobili bardzo szybko ogromne postępy. Każdy od czegoś zaczyna. :)

Sądzę, że przyjęliśmy zbyt dużą rozpiętość "tonalną".

The Beatles i Supertramp? O ile ABBA stała się wyznacznikiem pop w swoim czasie, to Supertramp z 1974 roku jest zupełnie inną półką. To rock progresywny, moim zdaniem. Nie da się "Crime Of The Century" porównać nie tylko do ABBA, ale i do The Beatles. Natomiast bliżej jest wymienionym przez Ciebie ELO do także szwedzkiego, a-ha. Ale to tylko moje odczucia i doświadczenie.

Ogólnie moje zdanie, zapewne subiektywne, jest takie, że wobec tego co się wydarzyło w muzyce lat siedemdziesiątych, zasypuje dokonania The Beatles, budując prawdziwą wieżę rocka. ABBA jest tylko przygrywką dla dobrej muzyki rozrywkowej, z której też wielu czerpało i czerpie. Podobną rolę odegrało The Beatles. Ja nie jestem silnie związany z latami sześćdziesiątymi, zdecydowanie z dekadą później, stąd dostrzegam zarówno The Beatles jak i ABBA w ten sposób.

P.S. Płyty ABBA są kiepsko nagrane. Zawsze brzmi tak samo na gramofonie HiFi jak i na "Bambino". Tak na marginesie.

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Dnia 23.02.2023 o 00:40, sonique napisał:

Vangelis spotkał się w studio z Irene Papas dwukrotnie (nie licząc jej gościnnego udziału w projekcie 666 zespołu Aphrodite’s Child jeszcze zanim słynny Grek rozpoczął karierę solową).

Powstały z tej kolaboracji dwie udane płyty: Odes (1979) oraz Rapsodies (1986). Obie nagrane w owianym legendą i należącym do Vangelisa Nemo Studios w Londynie. Wielu uważa, w tym i ja, że znajomość twórczości artysty, z dosłownie kilkoma wyjątkami, można ograniczyć do okresu, w którym działało owe studio, czyli do lat 1975-1987. Potem Grek przeniósł się do Paryża (następnie do Aten), zmienił instrumentarium porzucając Yamahę CS-80 na rzecz nowszych konstrukcji - głównie ze stajni marki Korg - co w połączeniu z banalnością kompozycji (Voices, Conquest of Paradise, Oceanic) spowodowało tęsknotę za „starym” Vangelisem.

Pierwsze wydania Odes i Rapsodies nie są (jeszcze) „białymi krukami” ale już dzisiaj są dość rzadkie - a co za tym idzie - drogie.

15FA1C9F-9538-487E-8D38-C89210B4EA20.jpeg.fb8d0ec27009693e5a9ec42c91818b8d.jpeg

"Rapsodie" już przesłuchane. Ciekawe.

P.S. Jako ciekawostkę podam, że współczynnik DR=13 dla płyty. Utwory mają od 12 do 14. Całkiem przyzwoicie jak na CD.

Edytowano przez Highlander_now
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

3 godziny temu, Rega napisał:

Kupując dla siebie płytę np Judas Priest, Jethro Tull lub MO i przy okazji coś ABBY miałem raczej pewność , że nie będzie narzekań na moje płytowe wydatki😉

PS Moją pierwszą płytą JMJ był Equinoxe. Oxygene słuchałem z radia z audycji Jerzego Kordowicza.

No to nic dziwnego, że Abba Ci się tak dobrze kojarzy;)

Co do JMJ, uważam Équinoxe za jedną z lepszych. Nie miałem szans słuchać jej w roku 1978, czyli roku debiutu, bo wtedy raczej słuchałem pozytywki grające nad moim łóżkiem, ale wyobrażam sobie jak nowatorsko i futurystycznie ta muzyka wtedy brzmiała.

Płyty JMJ są dla mnie ciekawe również z czysto technicznego punktu widzenia. Otóż świetnie słychać tutaj jaki ogromny technologiczny progres - z płyty na płytę (a więc w interwałach zaledwie 2-3 letnich) - dokonywał się w świecie syntezatorów. Wyraźnie słychać poszczególne granice, które kolejno przekraczała technologia zamknięta w tych elektronicznych skrzynkach.

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

14 godzin temu, sonique napisał:

Z ciekawości zapytam, mierzysz DR samodzielnie? Bo https://dr.loudness-war.info podaje tak:

DF48DBAA-D8E4-4F9B-BF2A-20669428A2F1.jpeg.97c20551541ec2141670ab5d213f42ba.jpeg

Tu jest podane wydanie z 1987 roku i 2007. Ja znalazłem publikację z 2014 roku.

DR mierzę sam. Mam programiki do tego. Jeden w odtwarzaczu plików, drugi samodzielny.

Zrzut ekranu 2023-02-25 085329.jpg

Zrzut ekranu 2023-02-25 085418.jpg

Edytowano przez Highlander_now
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

  • 1 month later...

Po wydaniu świetnej Timeless (1975) oraz równie niezłej Saragasso Sea (1976), John Abercrombie zdecydował się na nagranie płyty solowej, bardziej intymnej. Do jej realizacji użył trzech instrumentów: gitary elektrycznej, gitary akustycznej, i elektrycznej mandoliny. Solowe projekty zawsze wymagają więcej od muzyka, który jeżeli chodzi o kompozycje i wykonanie zdany jest wyłącznie na siebie. Z tego niełatwego zadania John Abercrombie wywiązał się moim zdaniem świetnie. Powstało dzieło interesujące, bogate w różnorodność klimatów ale wciąż bardzo spójne. To wszystko sprawia, że do płyty aż chce się wracać odkrywając w tej bądź co bądź minimalistycznej formie nowe harmonie i smaczki.

Płyta nie jest popularna. Wydanie na CD dość rzadkie. Słowem, pasuje do tematu wątku.

John Abercrombie - Characters

Polecam.

IMG_0483.jpeg.4d55bd5a9f4a48b525d42ee54b0e5b8f.jpeg

Edytowano przez sonique
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Dnia 23.02.2023 o 11:54, sonique napisał:

Niektóre używane płyty przynoszą ze sobą jakąś historię.

Jedna z moich plyt ma pieczątki biblioteki / wypożyczalni w UK.  Wydanie z 1984 r, kupiłem na Discogs, sama płyta wciąż jak nowa, pewnie mało kto wypożyczał. 

Świetna muzyka, zwłaszcza tytułowy utwór - Stationary Traveller. 

 

 

20230404_170853.jpg

20230404_170922.jpg

Edytowano przez Bebop
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

3 minuty temu, Bebop napisał:

Świetna muzyka, zwłąszcza tytułowy utwór - Stationary Traveller. 

Tak, bardzo dobry tytułowy. Fajna solówka. Jeszcze West Berlin - bardzo przebojowo brzmiący, ale nie wpadający w banał. Reszta mnie znacznie mniej przekonuje. Long Goodbyes też przyjemny, ale trochę mi się przesłodził ;)

Edytowano przez Adi777
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Gość
Odpowiedz...

×   Wkleiłeś treść z formatowaniem.   Przywróć formatowanie

  Only 75 emoji are allowed.

×   Twój link będzie automatycznie osadzony.   Wyświetlać jako link

×   Poprzedni post został zachowany.   Wyczyść edytor.

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Utwórz nowe...