Skocz do zawartości

Adi777

Uczestnik
  • Zawartość

    5 325
  • Dołączył

  • Ostatnio

Wszystko napisane przez Adi777

  1. Oraz zamykająca trylogię:
  2. Takiej muzyki jak Mwandishi to tylko przy zgaszonym świetle, i w totalnej ciszy, wtedy jest kosmos 🤩
  3. Albo inaczej, bardziej mi się podoba. O kurde, niedługo północ. Czas iść spać
  4. Trylogia Hancocka dla mnie lepsza niż Bitches Brew.
  5. Pierwsza płyta z trylogii, tak? Ta?
  6. Płyta z poprzedniego roku. Ambientowo elektroniczny jazz. Całkiem ładne nagranie. Osobiście wolę gęstsze jazzowe granie, ale takie ambientowe klimaty też oczywiście potrafią mnie zatrzymać na dłużej. A, okej, o to Ci chodziło, ale ja nie. Za cienki w uszach jestem. Kolega Mahavishnuu pisuje w Lizardzie. Fajne czasopismo. Takie postanowienie, to myślę, że raczej każdy ma. Chyba.
  7. Najlepiej też podejść bez żadnych oczekiwań. Postanowienia? Nieee, co to niby miałoby być za postanowienie? 😆 ??? Dlaczego zawodowo? Dziwne stwierdzenie. Męczące mnie albumy? Raczej nie, choć mocno, mocno radykalny free jazz potrafi "dać w kość" 😁
  8. Czasami jest tak, że na początku coś nam się nie podoba, ale później, po którymś z kolei przesłuchaniu nasze nastawienie do tego danego albumu się zmienia. Do muzyki najlepiej podchodzić z otwartą głową.
  9. U mnie była to naturalna kolej rzeczy, raczej większość osób tak ma. Tak jak ja, czyli zaczyna od łatwiejszych odmian, bardziej przyjaznych początkującemu słuchaczowi, a później idzie krok po kroku w stronę tych cięższych.
  10. Jeśli chodzi o metal, to ten utwór jest prawdopodobnie wciąż moim ulubionym: Ale rzadko już słucham metalu, chyba, że jest połączony z jakimś innym gatunkiem. No tak, więcej czasu od Ciebie mam, bo jeśli masz tylko godzinę lub dwie, to mam więcej, natomiast jaki związek ma ilość czasu ze słuchaniem, powiedzmy, bardziej awangardowych odmian jazzu?
  11. Polecić Ci coś? 😉 Tak. Ja mam sentyment do tego utworu, wtedy jeszcze słuchałem white metalu.
  12. A nie, myślałem, że to jakieś szatany będą. Genres: Avant-Garde Metal Brutal Prog, może być ciekawe.
  13. Nie ma czegoś takiego 😛
  14. Nie rozumiem, co w tej wypowiedzi jest nie tak. No i spoko. "Trochę" głupio słuchać czegoś w stylu Poison, czy innego Mister Biga, i jednocześnie pisać, że na przykład muzyka Bacha czy Chopina jest do dupy. Co to za szatany??? 😱 😁
  15. Oczywiście, że nie Ale mimo wszystko, free jazz to jakiś określony sposób grania.
  16. Kwestia przyzwyczajenia do nowych dźwięków. U mnie to szło mniej więcej tak - rock w stylu Scorpions, Guns N’ Roses, Dire Straits, sporo ballad rockowych - dziś bym nie dał rady, nie ma opcji, później hard rock, czyli Deep Purple, Led Zeppelin, Black Sabbath, następnie trochę metalu, głównie w wersji white, czyli "chrześcijański", w tym także death metal, później rock progresywny, następnie jazz rock, jazz-fusion, i w konsekwencji jazz, zarówno akustyczny, jak i elektryczny. Dużo ostatnio nie jazzowych rzeczy słucham.
  17. Dlatego, że fajnie by było, gdyby ktoś wyciągnął coś dla siebie z tych moich linków. Znasz fińskie Oranssi Pazuzu?
  18. Tak, podoba. Co mi się podoba w tym albumie? Kontrabas Hollanda, jego gra i jego brzmienie, piękny utwór tytułowy, melodyjny motyw w "Four Winds", "Interception", i bardzo lubię flet w jazzie, klimat i nastrój w "Now Here (Nowhere)". @sonique W tym Vangelisie nie ma ani grama free jazzu. Za co kocham jazz? Za improwizacje, za niewiadomą, która może się czaić za zakrętem, za gęstość, za rytmiczność, za nawiązywanie do różnych kultur, za spirytualny klimat, za instrumenty, za wszystko. Tak po prostu. Nie ma co się bać jazzu, jazz nie gryzie. Oczywiście nie ma co zaczynać od free jazzu, bo to raczej głupota. Kind of Blue, Kolos saksofonu Rollinsa - chyba @Asia ma na CD, i wiele, wiele innych stosunkowo łatwych w odbiorze płyt. U mnie przyswajanie tych nieco trudniejszych albumów jazzowych nie było specjalnie ciężkie, bo wcześniej byłem zaznajomiony z jazz-rockiem, jazz-fusion, rockiem progresywnym - także tym trudniejszym, także poszło w miarę gładko.
  19. Powiem tak, nie znam zbytnio współczesnego jazzu. Nie chcę strzelać, ale poznałem może 30 albumów jazzowych z ostatnich kilku lat, i na pewno było warto je przesłuchać, natomiast absolutnie nie zgodzę się z tym, co napisałeś. Jakie ograniczenia? Aż żałuję teraz, że nie mam takiej wiedzy jak Mahavishnuu, bo bym Cię wypunktował jak Dzik kablarzy 🤣 Jeśli pozwolisz, to spytam się paru bardziej obeznanych ode mnie osób, co sądzą o Twoim wpisie. Zakładam, że to nie jest dla Ciebie problem? Ja nie mam wiedzy zbytnio.
  20. Jakie ograniczenia? Akurat rock ma się całkiem dobrze. Nie, nie mam na myśli Srety van Flety, przecież jest sporo dobrych rockowych płyt. Czy chodzi o to, że Led Zeppelin już nie gra, Deep Purple nie tworzy płyt w stylu In Rock, a Black Sabbath kolejnego Paranoid?
  21. Nie znasz się Dziku na jazzie. Nie znasz się, bo nie rozumiesz tej muzyki, nie pojmujesz jej, nie dostrzegasz jej piękna. Twe serce czarne jak smoła od black metalu jest, być może dlatego jazz nie może się dostać do Twego serduszka 😔
  22. Oraz oczywiście nasz genialny jazzman:
  23. Z mojego polskiego jazzowego topu: Te też lubię:
  24. Zobacz, jeśli chcesz, na AS i temat Fascynacje jazzowe. Zdziwisz się, ile osób jest zajaranych jazzem. Pozwolę sobie zacytować opis wspomnianej tutaj płyty Dave'a Hollanda, przez użytkownika Mahavishnuu, którego bardzo dobrze znam w internetowych czeluściach, bardzo lubię i cenię za ogromną wiedzę muzyczną, i za wszystkie polecone mi albumy, nie tylko jazzowe. Raczej by się nie obraził, ze go cytuję "Dave Holland Quartet - Conference Of The Birds (1973) Przeciętnemu jazzfanowi Holland bodaj najbardziej kojarzy się ze współpracą z Milesem Davisem. Miał to szczęście, że trafił na niezwykle frapujący okres, gdy trębacz wchodził na elektryczną ścieżkę. Zagrał na fundamentalnych płytach dla fusion (In A Silent Way, Bitches Brew). W 1970 roku poszedł swoją drogą. Związał się z awangardowym kwartetem Circle, a po jego rozpadzie rozpoczął wydawać płyty solowe. Mimo gry z Davisem i popularności fusion postanowił pójść pod prąd i grać to, co interesowało go najbardziej. Tytuł debiutanckiego albumu kontrabasisty został zaczerpnięty z twórczości perskiego poety Farīda ud-Dīn Aṭṭāra. Conference Of The Birds zdecydowanie bliżej do dokonań Circle niż twórczości Milesa Davisa z okresu Bitches Brew. Holland nastawił się na „akustyczne” granie, w dalszym ciągu zamierzał penetrować obszary free jazzowe. Udało mu się zebrać znakomity skład muzyków: Anthony Braxton (przeróżne instrumenty dęte), Sam Rivers (saksofony, flet), Barry Altschul (perkusja, instrumenty perkusyjne). Pomimo faktu, że na albumie zagrało 3/4 składu Circle jest to nieco inna muzyka. Przede wszystkim nie ma tu mowy o jakiejś szerokiej fuzji jazzu nowoczesnego i muzyki współczesnej. Holland zdecydowanie skłania się do tego, aby obracać się w obrębie idiomu jazzowego. Na płycie znalazło się sześć utworów. Trudno którykolwiek wyróżnić, ponieważ cały album prezentuje bardzo wysoki poziom. Nie brakuje na nim niezwykle dynamicznych kompozycji, czasami zagranych w zawrotnym tempie (Interception, See-Saw). To właśnie takie ekspresyjne tematy dominują na wydawnictwie, choć nie brakuje także spokojniejszych, by wymienić tylko prześliczny utwór tytułowy. Kwartet jest doskonale zgrany. Na pewno pomógł w tym fakt, że Holland, Braxton i Altschul intensywnie koncertowali i nagrywali razem w latach 1970-1971 (vide Circle i inne kolaboracje). Sam Rivers doskonale uzupełnia ten jazzowy organizm. Opener Four Winds jest świadectwem tego, że kontrabasista ma nieortodoksyjne podejście do free jazzu. Podobnie jest zresztą w innych utworach. Z jednej strony mamy tu szalone improwizacje, bogactwo środków artykulacyjnych, ostrą dysonansowość faktury (głównie za sprawą dość radykalnych partii Braxtona i Riversa), natomiast z drugiej nierzadko pojawiają się urokliwe melodie. Muzyka jest wprawdzie mocno improwizowana, jednak słychać, że jednocześnie jest tu jakaś wyrazista myśl architektoniczna, dzięki czemu forma nie staje się amorficzna. Choćby z tego względu Conference Of The Birds może zainteresować nie tylko fanów jazzowej awangardy, ale także zwolenników mainstreamu otwartych na eksperymenty." Nie no, oczywista oczywistość. Polski jazz to klasa.
  25. Hmm, zobacz może te dwa albumy, o których pisałem wczoraj, czyli "Terje Rypdal" (1971) i "Whenever I Seem to Be Far Away" (1974). Dość łagodne, ale nie senne granie. Też czasami słucham, i ja akurat rozumiem, że można z tej muzyki czerpać przyjemność, podobnie jak z jazzu, a jazz niejedno ma oblicze, ale to chyba każdy wie. Żartowałem przecież 😁 O tym już pisał kiedyś Rafał, racja, no i czasem niełatwo odróżnić takich "szarlatanów" 😁 od artystów, którzy rzeczywiście wiedzieli co grali, co chcą grać, i jak grać. Na pewno nie dotyczy to Dave'a Hollanda i jego Konferencji Ptaków. Zresztą, to nie free jazz. To taki bardziej pomost pomiędzy post-bopem a free.
×
×
  • Utwórz nowe...