Skocz do zawartości
RoRo

Muzyka klasyczna

Recommended Posts

No tak. Pod latarnią jest najciemniej. Już dawno nie odwiedzałem FANa. Prawie zapomniałem o tym sklepie. Wstyd. Widzę, że trzeba by się tam wybrać.
Jak mówią pod latarnią najciemniej. Podobnie było ze sklepem Lampy Elektronowe. Znalazłem w internecie, przejrzałem ofertę i myślę sobie, że inni mają dobrze, bo takie sklepy są w ich mieście. A Kielce, to dziura i tu nic nie ma. Patrzę na adres i oczom nie wierzę.
Kielce. icon_lol.gif
A Blechacza, to kupię koncerty fortepianowe Chopina. Mam Zimermana i Pogorelića. Porównam sobie.
Chciałbym jeszcze mieć obydwa koncerty Chopina w wykonaniu mojego ulubieńca z XVII Konkursu Chopinowskiego, czyli Charlesa Richarda-Hamelina.
Jako jedyny grał w finale II Koncert Fortepianowy. Pewnie został lub zostanie wydany. Ale posłuchałbym obydwu w jego wykonaniu.
Nie wiem, czy są takie nagrania? Trzeba poszukać.

Każdy ma swoich ulubieńców i coś w ich grze tak nam odpowiada, że inne wykonania nie zawsze do nas trafiają.
Wpszoniak polecił mi kiedyś Cztery Pory Roku Vivaldiego w wykonaniu Fabio Biondi'ego i Europa Galante. To jedno z najlepszych wykonań jakie mam.
I na pewno jedno z najciekawszych. A mam w różnej formie kilkanaście. Muszę kiedyś policzyć.
Bardzo podobało mi się też głośna swego czasu interpretacja Nigela Kennedy'ego z Englisch Chamber Orchestra, wydana w 1989 roku.
Grał inaczej niż niemal wszyscy do tej pory. Styl wykonania drapieżny, chwilami niemal rockowy ale też momentami bardzo nastrojowy, liryczny.

A niedawno kupiłem jego "Vivaldi The New Four Seasons" (Sony 2014). I sam nie wiem czy pisać o tej płycie w tym dziale. Bo to nie jest kolejna interpretacja, tylko luźne nawiązanie do słynnego dzieła. Owszem mocno o nie oparta, ale nie można tego traktować jako kolejnego klasycznego wykonania.
Kennedy z jego New Four Seasons jest nowatorski i wręcz obrazoburczy. Dużo w tej muzyce wtrąceń, cytatów. Mieszają się style i wątki. Wiele tu zabawy, żartu, zaskakujących skojarzeń. Dużo elektronicznych wstawek, "surrealistycznych" sampli.
To jest jeszcze bardziej "odjechane" niż "Cztery Pory Roku" Richtera.
Kennedy momentami pieści uszy delikatnymi dźwiękami, by za chwilę przestraszyć... zresztą sami posłuchajcie.
Jeśli ktoś lubi eksperymenty muzyczne i jest na to otwarty, polecam. Ja mam ze słuchania tego dzieła mnóstwo frajdy.
Bardzo prosta a zarazem symboliczna w swojej wymowie jest okładka.

DSC01446.jpg

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Cytat

Kennedy z jego New Four Seasons jest nowatorski i wręcz obrazoburczy. Dużo w tej muzyce wtrąceń, cytatów. Mieszają się style i wątki. Wiele tu zabawy, żartu, zaskakujących skojarzeń. Dużo elektronicznych wstawek, "surrealistycznych" sampli.


Nigel Kennedy lubi też być twórcą z tego widać/słychać. Jak wiecie nie należę do entuzjastów twórczego ślizgania się na sławie geniuszów. Swego czasu ten sam skrzypek (umiejętności, muzykalności nikt mu nie zabierze) zinterpretował utwory Hendrixa, a póżniej The Doors... Hendrix był może i fascynujący, a jeśli nie to przynajmniej interesujący, ale utwory The Doors w interpretacji "szalonego" skrzypka to o kitsch się otarły. Od tego momentu przestałem go słuchać...

DSC01446.jpg

DSC01446.jpg

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Płyt o których piszesz nie znam. Ale większość artystów ma chwile słabości. Może i Kennedy'emu się przytrafiło przy The Doors.
Każdy wykonawca, interpretator czy inspirujący się twórca jakoś tam "ślizga" się na sławie geniuszów.
Ale może po prostu tak go ta muzyka fascynuje, że nie może od niej uciec. I po próbie/próbach zagrania w klasyczny sposób jakiegoś dzieła decyduje się także na własną muzykę inspirowaną pięknem prawzoru.
Nie należy chyba z niechęcią podchodzić do takich prób?
Słyszę, że nie zawsze takie inspirowane dzieła można odbierać pozytywnie. Ale jest mnóstwo bardzo ciekawej tego typu muzyki.
Ja nie jestem ortodoksyjny. Lubię klasyczne ale także bardzo odległe od zapisu nutowego w formie i treści wykonania.
Tym bardziej, że wiele purystycznych i bardzo klasycznych interpretacji w ogóle na mnie nie działa. Nie widzę sensu, powodu z jakiego powstały.
Poza oczywistym, że muzycy i ludzie z wytwórni płytowych muszą się z czegoś utrzymać. icon_cool.gif

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Panowie imponujecie mi. Z szanownych powyżej wymienionych, mogę coś powiedzieć jedynie o N. Kennedy i jego "New Four Seasons", z naciskiem na coś. Kennedy to punkowiec któremu nie zależy na trzymaniu się kanonów. Gra muzykę którą lubi, na instrumencie na którym umie grać. Mieszając style uwspółcześnia ją. Może czyni strawniejszą dla osób mniej osłuchanych, młodych. Jego covery otwierają Vivaldiego na nowych słuchaczy. Lubi Kraków i często koncertuje w Filharmonii.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Cytat

...Kennedy... Może czyni strawniejszą dla osób mniej osłuchanych, młodych. Jego covery otwierają Vivaldiego na nowych słuchaczy.


Oczywiście wolno mu. Może być tak jak piszesz Pboczku. Wolno Angelusowi lubić, a mnie wolno nie lubić. A kaj by dyskusja była gdyby wszystkim się ino jedno podobało?

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Oj nudno by było jak w Pcimiu Dolnym pod koniec lutego icon_mrgreen.gif
Myślę drogi Wpszoniaku, że czasem zamykasz się na fajną muzykę w swym ortodoksyjnym jej pojmowaniu.
Nie to bym Ci przyganiał. Bo jak napisałeś wolno Ci. I ja to szanuję. Ale czasem szkoda się nie zabawić.
Przecież to nie jest jakieś religijne wykroczenie.
Choć nieraz jak czytam Twoje (i nie tylko Twoje, bo i np. Milesa) wpisy na temat muzyki, to się zastanawiam, czy aby na pewno nie. icon_cool.gif
I to znów nie zarzut. Bo sam bez muzyki nie potrafię żyć. Ale jakiś czas temu pozwoliłem sobie na szerszy jej odbiór.
Mając ciągle świadomość jaka muzyka jest na piedestale, jacy kompozytorzy, jacy wykonawcy.
Choć Nigelowi K. nie mam nic do zarzucenia. Dla mnie to geniusz, którego jedną z kończyn są skrzypce.
Tak, że posłuchaj czasem tych eksperymentalnych nagrań. Są w nich piękne momenty, chwile dla których warto żyć.
Ale wiem, że Ty to wiesz. Tylko lubisz się czasem podroczyć.
I niech tak będzie.
Muzyka ma wiele barw, odcieni. Więc dlaczego my, jej wielbiciele, słuchacze mielibyśmy być szarzy i nijacy?

Pboczek, ładnie napisałeś o Kennedym i jego płycie. W sumie się z Tobą zgadzam. Dopowiedziałeś to o czym ja nie napisałem.
Tak. On jest takim punkowcem muzyki klasycznej. Ale w przeciwieństwie do typowych punkowców, jest wirtuozem instrumentu.
Ma wyczucie, smak. I potrafi to udowodnić we fragmentach, gdzie gra lirycznie i ujmująco.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Cytat

Gra muzykę którą lubi, na instrumencie na którym umie grać. Mieszając style uwspółcześnia ją. Może czyni strawniejszą dla osób mniej osłuchanych, młodych. Jego covery otwierają Vivaldiego na nowych słuchaczy.



Ideę Twojej wypowiedzi Pboczku rozumiem, często w takich przypadkach "usprawiedliwia" się artystę mówiąc, że zanosi trudną sztukę pod strzechy. Jednakże przykład Antonio Vivaldiego najlepszy do przedstawiania tej koncepcji nie jest - bo czyż istnieje klasyka przystępniejsza w odbiorze niż twórczość Rudego Księdza? Spotkałem się kiedyś z określeniem, że Antonio Vivaldi "to taki Ricky Martin tamtych czasów". Utkwiło mi to w pamięci, choć to już chyba przesadne porównanie.
Myślę, że Nigel Kennedy nowych słuchaczy na Vivaldiego nie otworzy. Myślę, że ani mu to było w głowie gdy nagrywał tą muzykę. To prędzej twórczość dla świadomego, ciekawego odbiorcy.

Co zaś się tyczy krzewienia klasyki poprzez nadawanie jej przystępniejszej formy: pamiętacie skrzypaczkę Vanessę Mae? Brrr, tym razem to chyba ja przesadziłem...

Natomiast w kwestii nieszablonowego podejścia do klasycznych utworów - zajrzyjcie do postu numer 39 w niniejszym wątku...

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Różnice zdań wzbogacają, i by wymiana myśli nie kończyła się zbyt szybko, nawet trzeba je prowokować.

Pod strzechy Kennedy ze swoją muzyką nie trafi, ale dociera do innego niż niż klasyczny kręgu odbiorców.

Ricki Martin ... dobre, Vanessa Mae - Brrr.

Którą porę roku wybieracie?

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Miles, takie granie, które trafia do większego kręgu odbiorców nie zawsze jednak wynika z chęci przypodobania się szerszej publiczności.
Wypływa to nieraz po prostu z podejścia danego muzyka, kompozytora, wykonawcy do pewnych schematów myślenia o muzyce.
Myślę, że w przypadku takich dzieł jakie stworzył Kennedy czy Richter niczego nie trzeba "usprawiedliwiać".
Ile to razy na przestrzeni wieków jakieś nowe spojrzenie na muzykę nie było rozumiane a nawet wyśmiewane.
Że to niezgodne z kanonami, że zbyt proste.
Vivaldi był przystępny, jest przystępny. Ale na pewno nie był nigdy Ricky Martinem. Bo to była i jest muzyka dla pewnego tylko kręgu ludzi. Jednak elitarna. Górale czy Mazurzy w dawnych czasach (ani raczej dziś) nie grywali Vivaldiego w wolnych chwilach, czy tym bardziej ku uciesze publiczności. Grało się popularne piosenki do śpiewania i tańczenia. Najlepiej z przytupem.
Mistrz Antonio już trafił pod strzechy. Dziś co prawda są to dachówki, blachodachówki, papa. Ale tacy odbiorcy jak ja, potomkowie rolników i robotników, pod tymi "strzechami" słuchają tej muzyki.
A muzyka się zmienia, ewoluuje. To znaczy pojawiają się nowe trendy, gatunki. Pojawiły się też nowe instrumenty, środki wyrazu.
Świetnie jest posłuchać dawnej muzyki, tradycyjnie wykonywanej, choć nie zawsze na tradycyjnych już (dopowiadających epoce) instrumentach.
To też jakieś odstępstwo, prawda?
Dlaczego mielibyśmy odmawiać sobie słuchania takiej nowocześnie podanej, eksperymentalnej muzyki?
Ja nie twierdzę, że mamy tego słuchać zamiast, ale proponuję by było to również.

Uważam też, że Pboczek ma dużo racji, iż może to poszerzyć krąg odbiorców. Może kogoś taką drogą przywieść do klasyki.
Na swoim przykładzie wiem, że gdyby nie rockowy okrzyk "One, two. One, two, three, four" i równie rockowe rytmy w utworze "American Garage" Pat Metheny Group, to jeszcze pewnie długo nie sięgnąłbym po jazz.
O, właśnie puściłem to mojemu niespełna półtorarocznemu synkowi i zaczął podrygiwać w rytm muzyki.
W pracy wiele osób słucha disco-polo. Tam spotkałem się z opinią, że puszczają to dzieciom, bo każde dziecko lubi d-p. Zgroza icon_evil.gif
Stwierdziłem, że ja mojemu nie puszczam i nie zamierzam. Ale to osobny temat.
Co do muzyki klasycznej, zwanej często poważną, to też słyszałem w muzyce rockowej, której kiedyś niemal wyłącznie słuchałem, wiele cytatów z klasyki.
I to mnie zaciekawiło. Jak brzmi całość, oryginał. Dlatego też nieśmiało sięgnąłem po klasykę, przez takie rockowe i nie tylko cytaty/inspiracje.

Dlatego wierzę, że na przykład Kennedy również może zachęcić do słuchania tradycyjnie, klasycznie podanej muzyki poważnej.
Jak zrobił to 27 lat temu po raz pierwszy, też nieco inaczej ją pokazując. Oto notka z recenzji.
Cytat

Wspomniana płyta Nigela Kennedy'ego ukazała się 25 września 1989 roku na winylu, CD oraz kasecie. Stała się największym bestsellerem w historii muzyki klasycznej. Nagrania zarejestrowano w listopadzie 1986 roku w kościele St John-at-Hackney w Londynie. Wydawnictwo spotkało się z niespotykanym do tej pory zainteresowaniem melomanów i mediów. Dzieła Vivaldiego, 12 krótkich, trzyminutowych erupcji, zarejestrowano specjalnie z myślą o radiu. Po raz pierwszy w historii, techniki mainstreamowego marketingu muzycznego zostały zastosowane na polu muzyki klasycznej. Dzięki nim Nigel Kennedy był wszechobecny w mediach.



Vanessa Mae? Miałem kiedyś jej płytę. Na mdłości mnie brało. Z trudem posłuchałem całości, próbowałem następnie kilka razy, choć wyrywkowo sprawdzić, bo może nie miałem tamtego dnia nastroju itp. A później oddałem jakiejś koleżance, która była tym zachwycona.
Tłumaczę dlaczego jednak posłuchałem. Bo tak mam. Mogę się później o czymś wypowiadać, jeśli to poznam. A nie na zasadzie, że usłyszę fragment albo nie i krytykuję.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Cytat

Co zaś się tyczy krzewienia klasyki poprzez nadawanie jej przystępniejszej formy: pamiętacie skrzypaczkę Vanessę Mae? Brrr....


Ja pamiętam! Świetnie jeździ na nartach... Bodaj chciała, lub miała wystąpić na olimpiadzie.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Cytat

....takie granie, które trafia do większego kręgu odbiorców nie zawsze jednak wynika z chęci przypodobania się szerszej publiczności.
Wypływa to nieraz po prostu z podejścia danego muzyka, kompozytora, wykonawcy do pewnych schematów myślenia o muzyce.
Myślę, że w przypadku takich dzieł jakie stworzył Kennedy czy Richter niczego nie trzeba "usprawiedliwiać".
Ile to razy na przestrzeni wieków jakieś nowe spojrzenie na muzykę nie było rozumiane a nawet wyśmiewane.
Że to niezgodne z kanonami, że zbyt proste....


W Londynie były trzy opery- jedna prowadzona przez Georga Friedricha Haendela, druga przez Nicola Porporę (z zespołem wielkich śpiewaków jak Farinelli, Senesino), a trzecia to nietypowe dzieło, wystawiane wielokrotnie i będące między innymi reakcją na opery Händla i Porpory. Opera balladowa "Beggar's opera" Johna Gaya. Włóczęgi, poety, dramaturga i eseisty zarazem. Rozczarowany życiem i korupcją polityczną napisał sztukę rozgrywającą się w świecie podziemnego Londynu, której bohaterami są ulicznice, złodzieje, sutenerzy... Po prostu biedacy, których spotkać można w ciemnych zaułkach, na sali sądowej lub pod szubienicą. Sztuka była sentymentalną z domieszką groteski i zjadliwej satyry. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że muzykę tworzyły kilkadziesiąt znanych arii i ballad różnych kompozytorów, między innymi Händela. Całość zaaranżował Johann Christoph Pepusch. Wszyscy- Haendel, Popora i Pepush są wymieniani przez encyklopedie. W czasie gdy żyli każda z oper była tworzona z myślą o konkretnym odbiorcy. Można by rzec, że myślenie była za każdym razem komercyjne... Jednak czy "Beggar"s opera" powstałaby bez Haendla? Nie!

DSC01446.jpg

DSC01446.jpg

DSC01446.jpg

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Tak Wojtek, masz rację. Bez geniuszy i tuzów muzyki niejeden projekt by nie miał szans na powodzenie.

Przychodzi mi tu na myśl David Bowie. Wiem, to człowiek nie od klasyki. Ale dobry przykład.
Potrafił świetnie pastiszować wszelkie style i gatunki muzyki popularnej, rozrywkowej.
Początkowo go za to nie lubiłem. Doceniłem całkiem niedawno.
Inspirował się dokonaniami mistrzów i stworzył przy okazji swój styl. To wielkie osiągnięcie.

Każdy muzyk czepie z dorobku poprzedników. A kto twierdzi, że jest inaczej, to po prostu kłamie.
Albo zupełnie nie jest świadomy wpływu poprzedzających go kompozytorów. W co nie też za bardzo wierzę.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Tak Angelusie, masz rację. Gdyby tak każdy z kompozytorów mieszkał na innej wyspie i gdyby siebie nawzajem nie słyszeli to stylu by nie utworzyli takiego czy siakiego. Nie byłoby też kontynuacji, która powstaje przez modyfikację tego co zastali... To zachacza przypomina plagiat. Mniej nagannym spoglądaniem wstecz są autoplagiaty. Na przykład gdyby przysłuchać się głównemu tematowi muzycznemu z finału IX symfonii Beethovena to okaże się, że tę linię melodyczną usłyszymy w dwu kompozycjach wcześniejszych- w pieśni Gegenliebe oraz Fantazji c-moll na fortepian, chór i orkiestrę op. 80. Możnaby rzec- trzy kroki do doskonałości. Haendel nie byłby w stanie "wytrzepywać z rękawa" oper gdyby nie modyfikował tego co sam "spłodził" tydzień wcześniej. Beethoven chciał doskonalić i to robił, a Haendel po to by móc dać zatrudnienie śpiewakom, muzykom, a sobie pieniądze...

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Ktoś parę postów wcześniej krytykował Vanessę Mae - faktycznie, o ile gra klasycznie, to pokazuje sporą wirtuozerię, ale w tych około-popowych kawałkach to jest to... mierne... Wraca jak bumerang pytanie, czy sztuka wysoka powinna edukować i wymagać, czy też ma zniżać się do gustów słuchaczy Akcentu itp.
Co do słuchania klasyki - polecam wizyty w pięknym NFM we Wrocławiu, główna sala robi wrażenie. Ćwiczę czasem w tych mniejszych, może niedługo zagram i na dużej scenie icon_wink.gif

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Zastałem w ostatnim Wieczorze płytowym Ludwiga van Beethovena Symfonia nr 5, dyr. Carlos Kleiber. Znam tą Symfonię - wyłącznie znam tylko ją - z dyrygentury Wilhelma Furtwanglera.
Już w audycji, przy pierwszej części usłyszałem inne tempo. W trzech kolejnych, u obu jest takie samo. Po audycji porównywałem znowu i tak mi się wydaje. Jak dla mnie Kleiber prowadzi w niej orkiestrę szybciej. Czy to tylko wrażenie? Znacie te wykonania?

DSC01446.jpg

DSC01446.jpg

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Pboczku drogi, a czemu Ty czasów nie zmierzył? Ja zmierzył (bo mam obie wersje) i oto wyniki-
Carlos Kleiber / Vienna Philharmonic Orchestra-

1. Allegro con brio 7:28
2. Andante con moto 10:00
3. Allegro 5:10
3. Allegro 11:01

Wilhelm Furtwangler / Vienna Philharmonic Orchestra
1. 8:36
2. 11.19
3. 6:03
4. 9:44

Miałeś rację- Kleiber to "sprinter".... Oba wykonania wspaniałe!!!

DSC01446.jpg

DSC01446.jpg

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Nie zmierzyłem, bo tak nie pomyślałem. Przyzwyczajony jestem do utworów nie klasycznych, gdzie czas wykonania wcale nie musi oddawać tempa. Ale zobacz, czasy pokazują że on z całością "leci", a mnie się wydawało że tylko 1. Allegro con brio jest wyraźnie szybsze. W pozostałych takiej różnicy nie słyszałem, zwłaszcza w moim ulubionym 3. Allegro. Wsłucham się.

p.s.
No w sumie nie z całością "leci", tylko z 3/4 cz.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
W jednej z powieści Kurta Vonneguta (nie powiem w której bo czytałem to ze dwadzieścia lat temu i nie pamiętam na 100%) jeden z bohaterów został scharakteryzowany w mniej więcej taki oto sposób (to nie cytat): -Ten nieszczęśnik słuchał Piątej Symfonii Beethovena na 45 rpm (zamiast 33 1/3 rpm) nie widząc różnicy...

Z kolei kilka dni temu w PR2 odtworzono fragmenty różnych opowieści snutych przez Jerzego Waldorffa. Arcyciekawe. Nieodżałowany mistrz słowa opowiadając o początkach radiofonii w Polsce wspomniał m.in., że kiedyś odtworzono przez pomyłkę utwór Szymanowskiego od końca i nikt się nie zorientował...

Tak więc Pboczku, czujność jest wskazana. Lub otwartość na nowe doświadczenia.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Dziś w planie Koncert skrzypcowy D-dur op. 77 Johannesa Brahmsa w wykonaniu Gyehee Kim. Możecie zazdrościć!

...dam znać jak wrażenia icon_wink.gif

DSC01446.jpg

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Cytat

Koncert skrzypcowy D-dur op. 77 Johannesa Brahmsa[/b] w wykonaniu Gyehee Kim.


No.... Będzie to ŁADNA sztuka. Jużem zazdrośnika kawał.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Obiecałem że napiszę, jakie miałem wrażenia podczas wyżej zaanonsowanego koncertu ( Koncert skrzypcowy D-dur op. 77 Johannesa Brahmsa w wykonaniu Gyehee Kim). Cóż, nic odkrywczego nie wymyślę. Dla mnie wysłuchanie tak świetnego utworu w wykonaniu bardzo dobrej orkiestry i utalentowanej solistki to zawsze duże święto. Może partie solowe jakie można było usłyszeć podczas tego wydarzenia nie przejdą do historii, ale przyjemność ze słuchania dla mnie była bardzo duża. Tym bardziej zasmucały mnie zauważalne puste miejsca na widowni. Co ludzie mają ciekawszego w Wałbrzychu w piątek wieczorem? No ja wiem, że klasyka nie jest najpopularniejszym muzycznym gatunkiem. Nie jest, nie była, i nie będzie. Żeby Ci ludzie chociaż w kinie siedzieli i jakieś amerykańskie gnioty łubudu oglądali. Niestety. Błąkanie się po galerii handlowej - oto najciekawsza łykendowa rozrywka. Zrzędzę jak stary dziadek. No ale na taki koncert żeby się komplet nie uzbierał?

internet_20170317_filharmonia_sudecka_17.jpg

internet_20170317_filharmonia_sudecka_64.jpg

internet_20170317_filharmonia_sudecka_89.jpg

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Rzadko się tu odzywam, choć bezustannie dużo ciekawej muzyki klasycznej poznaję. Zatem postaram się jednak choć od czasu do czasu krótką notkę o jakimś ciekawym utworze zamieścić.

Sergiusza Rachmaninowa wskutek swojego niedouczenia kojarzę głównie z fortepianem. Preludia,wariacje, wspaniałe koncerty fortepianowe. Nie tak dawno zresztą miałem okazję wysłuchać jego III Koncertu fortepianowego d-moll op.30 w wykonaniu rosyjskiej pianistki Walentiny Jewgiejewny Igoszyny - była to wielka uczta.

Jednak ostatnio nadarzyła się okazja do poznania części dorobku symfonicznego tego wielkiego kompozytora. II Symfonia e-moll op.27 zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Przyznam się, że nie jestem wielkim miłośnikiem symfonii. Wolę utwory koncertujące, nie wspominając o kameralistyce, bo to już zupełnie inna para kaloszy. Omawiany utwór wyróżnia się długością (ponad godzina), ale czas trwania w żaden sposób nie przełożył się w moim przypadku na znużenie. Powiem tak: jako miłośnik rocka progresywnego przeżyłem wspaniałe emocje!

Teraz zastanawiam się nad płytą. Może to wykonanie?:

 

Rachmaninow.jpg

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Czy współczesnej opery należy się bać? Nie! Bo:

"W 2016 roku Christina Pluhar skomponowała i zaaranżowała muzykę do opery „Orfeo Chamán” (Erato, nr kat.- 0190295969691). Libretto zaadoptowane zostało przez Pluhar i Rolfa i Heidi Abderhalden z „El jaguar de Orfeo” Hugo Chaparro Valderramy. Dawny mit o Orfeuszu, wyśpiewywany jest w oparciu o muzykę barokową, tradycyjne pieśni z obszaru od Ameryki Południowej po Sycylię. Rolę Orfeusza gra niewidomy argentyński śpiewak i gitarzysta Nahuel Pennisi. Rolę Eurydyki otrzymała Luciana Mancini, Vincenzo Capezzuto gra: Butesa i Nahuala, a Emiliano Gonzalez Toro- Aristea.

pluhar_ofeo_1.jpg.ad6169c769e4f2bb00bc039419a2c716.jpg

Przestawienie „Orfeo Chamán” zostało zamówione przez Teatro Mayor Julio Mario Santo Domingo (Bogotá, Kolumbia) i miało swoją premierę w 2014 roku (inscenizację tę można obejrzeć na bonusowej płycie DVD dołączonej do albumu). Opera Christiny Pluhar przedstawia szamanistyczną stronę legendarnego muzyka, który dla miłości udaje się w podróż do piekieł. Kolumbijski poeta Hugo Chaparro Valderrama w „El jaguar de Orfeo” splata grecką legendę z mitologią prekolumbijską, opowiadając historię, która wysyła bohatera nie do Zaświatów, ale w szamańską podróż towarzyszącą Nahualnemu- azteckiemu przewodnikowi duchowemu. A więc Chamán, symbolizuje świat duchów, do którego wszedł Orfeusz by odzyskać Eurydykę. Akcję osadzona jest w Ameryce Łacińskiej, a skromna scenografia, oparta w dużej mierze na kolorach nie odrywa widzów-słuchaczy od doskonałych wokalistów. Pluhar stworzyła partyturę w duchu barokowego pasticcio (****). Sama skomponowała wiele fragmentów, w stylu fuzji latynoamerykańskiego baroku, często wykorzystując istniejące melodie lub linie basu; passacaglia i chaconne przekształcają się w sambę lub rumbę. Operę otwiera powoli rozwijany akord na lutni; później dołączają się różne dźwięki śpiewu, brzęczenia, grzechotania co przywołuje krajobraz dżungli. Styl barokowy i latynoamerykański doskonale się uzupełniają, może dlatego, że mają tak wiele wspólnego- poleganie na improwizacji, rytmiczną i harmoniczną różnorodność, formy taneczne oraz znaczenie instrumentów strunowych szarpanych. Argentyński piosenkarz i autor tekstów Nahuel Pennisi oswaja dzikie bestie jako Orfeo uzbrojony wyłącznie w gitarę. W duecie z Eurydyką- „Romance de la luna tucumana”, w jego własnej aranżacji piosenki Argentyńczyka Pedro Aznara, prezentuje unikalną metodę gry- na gitarze usytuowanej poziomo na kolanach. Pennisi dysponuje delikatnym wysokim głosem o żałobnym charakterze, który idealnie pasuje do tragicznej postaci, którą gra. Przeciwieństwem jest mezzosopranistka Luciana Mancini- o ognistym temperamencie Eurydyką. Mancini jest wyszkoloną pieśniarką operową, ale potrafi również  doskonale radzić sobie z materiałem folkowym (brzmi wtedy bardzo autentycznie).

pluhar_ofeo_3.jpg.ed951b74e5a5095c8c6134ad0667dae4.jpg

Towarzysz Orfeusza- istota z mitologii Azteków, grana przez Vincenzo Capezzuto ma słodki alt, który jest tak przekonująco kobiecy, że aż nie do uwierzenia gdy zobaczymy na ekranie TV lub na scenie, że to przecież mężczyzna. Fascynujące jest to, że mieszanka gatunków w muzyce Pluhara, która składa się tak naprawdę wyłącznie z oryginalnego materiału z wyjątkiem kilku tradycyjnych melodii tanecznych, a efekt jest bardzo stylowy. Wydaje się, że słuchacz ma do czynienia z materiałem sprzed setek lat, to robi duże wrażenie. Akompaniament zespołu L’Arpeggiata, od prostych basowych kawałków po harmonie ludowe, są zróżnicowane, a jednocześnie bardzo spójne. Do doskonalej jakości dźwiękowej Pluhar i jej towarzysze zdążyli już przyzwyczaić, więc omawiać nie będę"

Więcej o Christinie Pluhar i jej zespole- L’Arpeggiata znajdziesz (drogi melomanie) tu: http://wpszoniak.pl/portfolio/nagrania-jakosciowo-wybitne-2/

 

 

Edytowano przez wpszoniak

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Utwórz konto lub zaloguj się, aby skomentować

Musisz być użytkownikiem, aby dodać komentarz

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto na forum. To jest łatwe!

Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Masz już konto? Zaloguj się.

Zaloguj się


×