-
Zawartość
1 328 -
Dołączył
-
Ostatnio
Wszystko napisane przez sonique
-
@Adi777, Gnu High - płyta genialna: o niepowtarzalnym klimacie, zagrana lekko, z gracją, przemyślana, bliska, angażująca, perfekcyjna! Drugiej podobnej nie ma… Ale co się dziwić: jak to fajnie jakiś czas temu napisał @Rafał S - piszę z pamięci - z takim składem grzechem byłoby sprawę schrzanić…;)
-
Bez dociekania prawdy, zadawania niewygodnych pytań i poszukiwania satysfakcjonujących na nie odpowiedzi, bez próby spojrzenia na zjawiska pod różnym kątem bez strachu, że występuje się przeciwko obowiązujący dogmatom czy „uznanym” guru - a przede wszystkim bez stymulujących do myślenia dyskusji - nie ma rozwoju a jedynie mielizna stagnacji i niekończące się poklepywanie po plecach. Czasem mam wrażenie, że niektórzy wybierają poklepywanie od ożywczych dyskusji i burzy mózgów jakby bali się, że odkryją błąd w swoim „programie” nieuchronnie prowadzący do „zawieszenie się sytemu”. Zapisałem się na to forum trzy lata temu aby się czegoś dowiedzieć. Od @Kraft-a dowiedziałem się o audio najwięcej (choć jest też kilku innych użytkowników, których lubię czytać) - co pomogło mi poważnie zbliżyć się do satysfakcjonującego mnie dźwięku oraz zaoszczędzić pieniądze. A na dokładkę, zidentyfikować to co jeszcze warto będzie poprawić. Dzięki!
-
Dla mnie The Beatles to dowód na potęgę „gry zespołowej”. Jak kilku utalentowanych ludzi potrafi razem wznieść się na wyżyny niedostępne żadnemu z nich z osobna. Nie dotyczy to rzecz jasna tylko muzyki choć w muzyce jest bardzo namacalne a takich przykładów wiele. Po kilku latach niesłuchania, wróciłem niedawno do „Abbey Road”. I choć zawsze uważałem ją za wybitną i tak też pamiętałem, to jej piękno, dojrzałość i maestria kompozycji uderzyła mnie jak nigdy wcześniej. Byłem nieco oszołomiony wielością smaczków, na które wcześniej nie zwracałem aż takiej uwagi. Czysta przyjemność. A wspomnianą debiutancką „Please Please Me” i „Abbey Road” dzieli jednie 6 lat! Niesamowite jak oni się szybko rozwijali…
-
Zbieg okoliczności? Jedyne espresso pite w lokalu po którym wykrzyknąłem „wow” i poprosiłem kelnera o zdradzenie marki kawy to właśnie te z kawy Mauro. A było to we Wrocławiu w niczego nie obiecującym miejscu…
-
Prawda. „Garów” jest dużo ale moim zdaniem jest to jeden z ogromnych atutów płyty bo słucha się tego bębnienia przednio. Ta perkusyjna kawalkada to pierwsze co zwraca uwagę słuchacza. Drugie to wspaniałe granie saksofonu i jego barwa. Trzecie to bardzo dobra realizacja. Jest to moje drugie spotkanie z Naxos Jazz i poprzednio też miałem nieodparte wrażenie, że dźwięki są jakby dodatkowo skąpane w miodowej polewie. Przekaz jest ciepły i lekko słodkawy. To mnie przekonuje. Płytę doceniam pomimo tego, że rzadko słucham jazzu w stylistyce postbopu. Ta płyta jest jednak świetna i nie sposób się znudzić. Dzięki Rafale za rekomendację! Będę musiał wziąć Naxos Jazz „na ruszt”…
-
Ale „przyłoiłeś” z U2 i The Sisters of Mercy… Nie wiedziałem nawet, że „Siostry” wydały tych płyt tyle… Posiadałem kiedyś trzy kasety i miałem wrażenie, że to wyczerpywało temat…;) Ja też. Bryan dysponuje fenomenalnym vibrato.
-
Kopii kruszył o 5 dodatkowych krążków nie będę bo i tak jesteś poza zasięgiem;)
-
Ten rok rozwija się powoli… zmiany niby nieco kosmetyczne ale do listy dołączył ktoś dla mnie ważny: John Abercrombie. 1. Tomasz Stańko - 18 2. Pat Metheny - 14 3. Jan Garbarek - 14 4. Terje Rypdal - 12 5. John Abercrombie - 11 5. Eberhard Weber - 11 6. Vangelis - 11 7. Keith Jarrett - 10 PS. Dwupłytowe policzone x1 PPS. Trzypłytowe policzone x1 PPPS. Liczę tylko wykonawców z kolekcją od 10-ciu płyt w górę — Pomyślałem, że tytuł „Vanity Fair” idealnie pasowałby do tego wątku… Świadomość kierujących nami pobudek to połowa sukcesu. Druga połowa, to zgoda na przyjemne im uleganie…;)
-
Z The Netherlands jak dla mnie tylko Fryzja. Reszta NL to jak mój znajomy z Breda powiada „one big never-ending traffic jam”. Ależ to piękny kawałek Polski. Może poza samymi Kielcami;) Dobra, niech będzie: okolice Ślichowic i Alei Na Stadion, czy jakoś tak, całkiem przyjemne:)
-
Czasem wystarczy zmienić województwo. Dalsza rodzina z Kielc jak nas odwiedza nad Bałtykiem to mówią, że tu jest wszystko inaczej…;) Kiedyś widziałem w amerykańskim Newsweek-u reklamę lokalnego biura podróży, która „szła” jakoś tak: „Nie podoba Ci się dzisiejsza pogoda za oknem? Masz 250 możliwości aby to zmienić”;)
-
Jakby to było? Tak samo tylko inaczej;) Pytanie czy to „tak samo” nie doprowadziłoby Cię do wniosku „zamienił stryjek…” a to „inaczej” do „wszędzie dobrze ale w domu…”;)
-
Duże nieosłonięte przeszklenia - absolutnie tak. Słońce w dużej ilości - już niekoniecznie i według gustu. Szwed ma ból głowy tak czy siak bo tam wszystko na prąd: mało słońca kosztuje (ogrzewanie), dużo też (klima). A na dodatek wieloletnie rządy jednej frakcji zdewastowały ten kraj na wielu płaszczyznach doprowadzając nawet do likwidacji elektrowni atomowych bo nie są eko. Teraz Szwecja prąd kupuje… i nie pyta skąd on i czy czasem nie z węgla. A Szwed płaci. Jak się zje chleb z niejednego pieca, to potem człowiek dochodzi do wniosku, że jest szczęściarzem, że żyje w Polsce:) Jaka by Twoja piwnica nie była, jej główną zaletą jest to, że… jest! Zazdroszczę. Dzisiaj się już tak raczej nie buduje…
-
Może wynika to z faktu, że nigdy nie byliśmy zbyt bogatym narodem ale obserwuję, że wyznajemy w Polsce zasadę, że (jak to ładnie mówią developerzy) wystawa okien powinna być głównie południowa bo to oszczędności na rachunkach. Hmmm… a klimatyzacja to urządzenie pracujące bez kosztów? Swego czasu zgłębiałem ten temat bo byłem nim bezpośrednio zainteresowany i oto moje obserwacje poczynione w miejscach gdzie było mi to dane: ani w Danii, Szwecji, czy nawet Norwegii i Finlandii - a więc w krajach od Polski zimniejszych - nikt nie przykłada specjalnej wagi do tego czy salon „wychodzi” na południe i czy jest dobrze nasłoneczniony. Spotkałem w odpowiednim momencie mądrego człowieka na swojej drodze, który mi dokładnie opowiedział jak w swoim domu „walczy” ze słońcem (tak to nazwał) i ile go to już kosztowało. Posłuchałem go wtedy bo mogłem się przekonać na własnej skórze latem jak to u niego jest. Po wielu latach stwierdzam, że to był strzał w dziesiątkę. Dom, nawet z „przylepionym” doń garażem na jednej ze ścian, i tak pozostałe trzy ma zaszklone. Więc nawet przy braku wystawy salonu na południe w całej przestrzeni dziennej, będącej przecież jednym dużym pomieszczeniem otwartym, jest niesamowicie jasno. Nie musieć się męczyć latem i kombinować jak tu uciec od promieni słonecznych to wielki komfort. Większy niż 50zł na rachunku więcej zimą… Czy może ja czegoś nie rozumiem?:)
-
Masz rację. Już się poprawiam. Wywalamy „Bitches Brew” i wstawiamy „Astigmatic”. Reszta treści zostaje. Zgoda? A jak Komeda i Olesie w tle, to dlaczego by nie tak:
-
Nie jest to możliwe. Z różnych powodów. Przede wszystkim nie ten mózg…;) Ale można (a nawet trzeba) zbliżyć się do tego tak bardzo na ile tylko nasz dorosły „procesor” nam na to pozwala (niektórym na więcej, innym na mniej). Nie ma niczego niezwykłego w tym co piszę. To nauka, nie magia. Wystarczą chęci, trochę oczytania, wyobraźnia, i otwarty umysł, gotowość do intymnej podróży w głąb siebie. I absolutnie nie dotyczy to stricte słuchania muzyki ale interakcji ze zjawiskami w ogóle. Ja tego „używam” w ten sposób bo, jak pisałem, usilnie staram się odtworzyć chociaż strzępy dawnych umiejętności. Ktoś inny zrobi z tego użytek gdzie indziej (malarstwo, rzeźba, performance, filozofia…). To o czym piszę to malutki „pikuś” do czego zdolny jest nasz mózg. „Pikuś”, bo daleko temu jeszcze nawet do tak i tak już dzisiaj „oklepanych” doświadczeń jak chociażby głęboka hipnoza, re-birthing, itp. A przecież człowiek już dawno poszedł dalej… To o czym piszę badane było już dawno dawno… „powrót do rzeczy samych”, „badanie istoty rzeczy” a nie naszych przekonań o nich (vide „szuflady”, o których pisałem). Bez tego wspomniany Duchamp nie ujrzałby w pisuarze fontanny a co za tym idzie nigdy nie powstałaby rzeźba (instalacja?) na miarę Davis’owego „Bitches Brew” w muzyce: oba dzieła obrazoburcze, odważne, oba zapoczątkowały lawiny - każde w swojej domenie - i zapłodniły niezliczoną ilość umysłów. PS. Przepraszam za taki obszerny off top i dzięki, że jeszcze nie buczysz;)
-
Ja nie o tym:) Nie chodzi mi o powrót do tamtych preferencji będących siłą rzeczy niemal na poziomie „da-da”. Mam na myśli sposób w jaki słuchaliśmy a już nie potrafimy. Wybitny lingwista i filozof Noam Chomski, co prawda na potrzeby innej dziedziny nauki, opisał abstrakcyjne urządzenie znajdujące się w mózgu każdego człowieka a bezpowrotnie zanikające w okolicach lat 12-13. Ten byt to LAD - czyli Language Acquisition Device. Zaobserwował on i jako pierwszy opisał fenomen umiejętności spontanicznego i bezwysiłkowego uczenia się języka przez ludzi w określonym wieku do poziomu natywnego, która to umiejętność po przekroczeniu pewnego etapu życia bezpowrotnie zanika. Otóż idea LAD sięga dalece głębiej i dotyka zdecydowanie szerszego spektrum umiejętności, które w dorosłym wieku bezpowrotnie tracimy. Jedną z nich jest słuchanie muzyki, którą jako dorośli skłonni jesteśmy raczej rozbierać na czynniki pierwsze niźli odbierać „całościowo”, bez obciążeń wynikających z naszej wiedzy o niej a tym samym bez wpływu wspomnianych wcześniej „szuflad”. Zapewniam Cię, ten kto wyuczy się tej onegdaj straconej umiejętności, dla tego każde obcowanie z muzyką jest podwójnie intensywne i przyjemne. Będąc na takim etapie z łatwością można dostrzec liryzm nawet u Lutosławskiego - bo on tam jest!;)
-
Ha! Właśnie tutaj można popróbować odbierania muzyki całym sobą. Płyta jest cudownie nagrana a jej konstrukcja muzyczna dość wymagająca więc nie można liczyć na fajną melodię, która poprowadzi nas za rączkę do końca. Tutaj trzeba już umieć samodzielnie pływać i liczyć tylko na siebie! Kontrabas wije się niesamowicie tworząc naprawdę ciekawą plątaninę dźwięków. Do tego jego melodie są przednio zagrane. Perkusja wchodzi z nim w ciekawy dialog, ale jej rola jest jednak podrzędna w tej rozmowie. To wszystko ma kolor i kształt. Charakter i pazur. Nie jest to moja jakoś szczególnie ukochana płyta (prawdę mówiąc daleko jej do tego), bo aby nią była musiałaby być nieco bardziej jednak melodyjna (taka jaka jest nie „wchodzi” mi zawsze i wszędzie i zdana jest mój „korzystny muzyczny biorytm”). Ale lubię ją i dobrze, że jest. Wracam do niej średnio raz na rok, półtora…;)
-
Odbieranie muzyki jako fenomenu dane jest dzieciom jako „default” oraz osobom dorosłym po odpowiednim i świadomym treningu. W zasadzie nie chodzi tu tylko o muzykę ale odbieranie ogółu zjawisk i przedmiotów nas otaczających w sposób pozbawiony jakichkolwiek sądów a priori, jak i emocji, oczekiwań, nadziei… itp. Aby to ogarnąć trzeba dokonać regresu do dzieciństwa bo inaczej tego nie poczujemy (pod warunkiem, że dużo z młodych lat pamiętamy bo są tacy co mają pustkę w pamięci wynikającą z wyparcia itp.). To właśnie ta umiejętność pozwoliła Marcelowi Duchamp pokazać na wystawie pisuar podpisany „Fontanna”: zobaczył on w zwykłym, nawet ordynarnym przedmiocie - niezwykłość i artyzm. Oraz wielu innym artystom złamać schemat. Ostatnio bardzo mnie ta umiejętność wychodzenia poza nasze oczekiwania i sądy względem danych obiektów fascynuje. Szczególnie w kontekście muzyki. Dlatego napisałem to co napisałem o „szufladach”. Z pozycji statystycznego dorosłego nie da się bez nich żyć. Z pozycji czystego umysłu dziecka - są kompletnie niepotrzebne. Słuchanie pozbawione myślenia schematami jest o wiele bardziej wciągające. Nagle znikają ściany. Przesuwa się horyzont. Tak miał każdy z nas dawno temu. I akurat ja to bardzo dobrze pamiętam - co nie daje mi spokoju. Mi takie słuchanie w każdym razie daje dużo frajdy…:)
-
Katalogowanie i archiwizowanie pomaga, co do tego nie ma wątpliwości. Moim zdaniem jednak, nasze nastawianie i oczekiwania co do artysty, a głównie chyba przeczytane recenzje, wpływają na odbiór. Od jakiegoś czasu staram się odtworzyć atmosferę i warunki jakie miałem jako kilkuletnie dziecko (pierwsza połowa szkoły podstawowej) gdy zaczynałem przygodę z muzyką nie obarczony owymi „szufladami”. Ciekawi mnie jakich wyborów wówczas dokonywałem. Co akceptowałem a co odrzucałem. I jaki był to rozrzut gatunkowy (a miałem z czego wybierać). Był Niemen, Skaldowie, Grechuta, ale też KAT, Izrael, SBB, Bill Halley (tego typa to ja uwielbiałem…), Asocjacja Hagaw jak i płyta z festiwalu w Palermo. Wiele płyt też odrzuciłem, jak Status Quo, czy sporo muzyki „country”, itd… To na co chciałem zwrócić uwagę to fakt, że opisywanie i „szufladkowanie” muzyki może też przeszkadzać w niczym nie skrępowanych poszukiwaniach. Dzisiaj do wielu z powyższych płyt bym już raczej nie dotarł bo nie znajdują się w tej części „archiwum”, w której obecnie buszuję…;)
-
Czy to jazz czy nie jazz? „Szuflady” czasem pomagają znaleźć się w mnogości zbiorów i podzbiorów. Nierzadko jednak przeszkadzają, bo sprawiają, że przychodzimy na pierwsze spotkanie z jednoznacznym nastawieniem, nadzieją i oczekiwaniem. Może nawet żądaniem. Miałem to szczęście, że pierwszy raz z poniższą płytą odbył się z zaskoczenia i po omacku (znalazłem ją w nocy na TIDALu): nie było czasu na zastanawianie się, więc „wziąłem” tę płytę bez obciążeń, bez oczekiwań, nie wiedząc co mnie czeka… taką jaką jest. W odbiorze materiału pomogło. W odpowiedzi na pytanie „czy to jazz czy nie jazz” już nie bardzo… Pomożecie?;) Dodam, że płytę bardzo lubię. Co Wy na to, @Adi777, @Grzesiek202, i @Rafał S? A co inni na to?
-
„On był miłością mojego życia, potrząsnął mną, zmienił mnie kompletnie. Byliśmy dla siebie stworzeni. Dzięki niemu czuję się atrakcyjną, dającą sobie świetnie radę w życiu kobietą. Bycie ze sobą było dla nas rodzajem terapii. Może również inspiracją, ale nie intelektualną, raczej psychiczną. Byliśmy dwiema zawieruszonymi duszami, które potrzebowały siebie. Żeby tworzyć, odchodziliśmy od siebie” (Urszula Dudziak) „Kładę się teraz do snu, na trochę dłużej niż zwykle. Nazwijmy to wiecznością" (Jerzy Kosiński) ”Zrobił to metodą polecaną przez Hemlock Society - nowoorleańską grupę pomagającą odejść z godnością beznadziejnie chorym” (Janusz Głowacki - autor powieści o Jerzym Kosińskim „Good Night, Dżerzi”) „Ból. Właśnie tym słowem mogę opisać tę płytę. Pracowałam tak długo, aż ból został oswojony moim głosem” (Urszula Dudziak) Urszula Dudziak - Malowany Ptak Polonia Records 1997 Urszula Dudziak - vocal Okładka - Rafał Olbiński Polecam
-
@Rafał S, „Yearning” całkiem całkiem. Przyjemnie się słucha. Niby niczym takim się nie wyróżnia ale gdy się słucha w skupieniu to ma swój własny oryginalny klimat. I pasuje mi do Twoich muzycznych upodobań jazzowych. Poprzednie dwie płyty, które zaproponowałeś - miały z „Yearning” coś wspólnego w mianowniku. No i dzięki Tobie mam wielki komfort… Bo ja polski jazz znam stosunkowo słabo (poza nazwiskami o międzynarodowym zasięgu). A dzięki Tobie to spokojnie dalej mogę eksplorować „zgniły zachód” bo jak na coś fajnego trafisz to i tak się o tym dowiem i z chęcią przesłucham:) Do „Yearning” z pewnością wrócę. Dzięki!
-
Nowe płyty winylowe
topic odpisał sonique na Highlander_now w (Najczęściej) dobre realizacje i nagrania
@Highlander_now, czyżby ilość ale nie jakość? https://antyweb.pl/winyle-pokonaly-plyty-cd-po-35-latach-streaming-krolem -
Nie ma jak z traumy wyjść obronną ręką. Chciałem je mieć, od kiedy zobaczyłem Bono w „Even Better Than The Real Thing”… teraz nadszedł odpowiedni moment, €90 i po krzyku… I żadne wycieraczki mi nie straszne! Czuję potęgę forum;)
-
Wyskoczyłem na chwilę do kuchni na kolację, wracam, i co widzę? Mowa o „wyleczaniu”, „odstawianiu”, „telepaniu”… I to wszystko w kontekście niewinnych „wycieraczek”. Napiszcie coś pokrzepiającego bo tak mnie wystraszyliście, że teraz boję się włączyć wzmacniacz…;)